środa, 16 sierpnia 2017

5 minusów Primary school, czyli czego nie lubie w szkole mojego syna

                        Brytyjskie Primary School bardzo różnią się od naszych szkół podstawowych. Według mnie mają wiele plusów ale też minusów. Dziś będzie o minusach, o tym co chętnie bym zmieniła, gdybym mogła oczywiście


1. Wychowawca

Zmienia się co rok. Nie podoba mi się to, wolałabym , żeby wychowawca prowadził klasę przez kilka lat tak jak jest to w Polsce.  Dlaczego? Po pierwsze dzieciom na pewno jest łatwiej, gdy znają już nauczyciela. Po drugie każdy nowy nauczyciel od początku musi poznawać słabe i mocne strony wszystkich uczniów co zabiera pierwszy miesiąc czy dwa , który mógłby być poświęcony na prace z dziećmi.



2. Wycieczki

Zbyt mało wycieczek. Nie mam pojęcia czy to się tyczy tylko młodszych klas, czy może tylko szkoły, do której chodzi Dennis ale wycieczkę mieli tylko jedną,  na farmę. A nie przepraszam na 2 godziny wyszli tez zobaczyć remizę strażacka na naszej dzielnicy..



3. Przedstawienia

Brak przedstawień, nie licząc jasełek, w których większość dzieci tylko stała z tyłu i śpiewała. Wiem dzieciom pewnie nie przeszkadza, że nie ma takich rzeczy, ale ja jako rodzić chętnie poszłabym na przedstawienie z okazji dnia matki. Pewnie to moje przyzwyczajenie, bo w szkole, do której chodziłam ja przedstawienia były na każdą okazje.



4. Pomoc

A właściwie jej brak. Nikt nie zawiąże twojemu dziecku buta, nie zapnie guzika ani nie włoży koszulki w spodnie gdy widać całe plecy. Jak się dziecko ubierze to tak chodzi, dotyczy to też wyjścia na boisko szkolne. Podobno dla ich dobra, bo nauczyć się muszą, ale kurcz wystarczyło by powiedzieć, że skarpetki na lewą stronę założyło, bluzę tył na przód czy buty odwrotnie. Nie chodzi mi absolutnie o ubierania, ale nauczyciele nie zwracają uwagi do tego stopnia, że Dennis miał raz po zajęciach pi(w-f) spodnie założone tył na przód. Żeby nie było, rozmawiam z innymi rodzicami i nie on jeden wraca tak ubrany.



5. Opieka po szkole

Brak świetlic, to znaczy w niektórych szkołach są odpłatne, często tylko rano np. od 7 do rozpoczęcia lekcji. Niektóre mają i po lekcjach, ale zauważyłam że to rzadkość. Niestety z mojego punktu widzenia utrudnia to rodzicom pogodzenie pracy i wychowania dziecka. Owszem można zapłacić opiekunce , która odbierze dziecko i się nim zajmie, jednak ze świetlicą byłoby łatwiej i pewnie taniej.



To by było na tyle, takie znalazłam minusy Primary School , oczywiście jak pisałam przy plusach to moja subiektywna opinia i co dla mnie jest minusem może być dla was plusem

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

6 plusów Primary school, czyli co mi się podoba w szkole mojego syna.

                             Brytyjskie Primary Scholl bardzo różnią się od naszych szkół podstawowych. Według mnie mają wiele plusów ale też minusów. Dziś będzie o plusach, o tym co mi się podoba i co uważam za dobre dla dzieci. 

1. Wczesne rozpoczęcie edukacji.

 Do pierwszej klasy idą 5 latki, ale już rok wcześniej w reception(odpowiednik zerówki) dzieci uczą się pisać, czytać, liczyć, rozpoznawać figury i bryły geometryczne. Zaczynają również Przygodę z dodawaniem i odejmowaniem. Kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć, że to zabieranie dzieciństwa, jednak z moich obserwacji wynika, że większość dzieci lubi chodzić do szkoły. Dodatkowo nauka jest w formie zabawy, nikt nie wymaga by dzieci siedziały cicho w ławkach, a wiadomo, że im dziecko młodsze tym łatwiej wiedze przyswają.


2. School uniform

 Czyli mundurki, Takie pełne, zazwyczaj spodnie/spódniczka/ sukienka, bluzka/koszula z kołnierzykiem i bluza lub sweterek. Dla mnie to zbawienie, nie tylko nie ma mowy o smutkach, bo kolega miał lepszą bluzę czy buty(tak w wielu szkołach, buty również muszą być "szkolne") ale tez skończyło się poranne marudzenie w co się ubrać. Młody wstaje i wie, że do szkoły musi nosić mundurek. Nasza szkoła wymaga również żeby kurtki były czarne ,szare bądź granatowe :)


3. Godziny zajęć

A mianowicie to, że dzieci zaczynają i kończą lekcje codziennie o tej samej godzinie.  Mi to pasuje, i uważam, że dziecku też łatwiej się przystosować do rannego wstawania gdy zawsze to ta sama godzina. Co więcej myślę, że również prace łatwiej dopasować gdy dziecko codziennie kończy lekcje o 15:00.


4. Wyprawka

Brak ogromnych plecaków, miliona ciężkich książek i zeszytów. Jedyne co noszą to teczkę zwaną school bag. Książki do czytania przynoszą ze szkoły, jedna książka to jedno opowiadanie, a nie cały podręcznik do czytania. Jest jeszcze zeszyt do pisania literek, i czasem pomoce np. karteczki z obrazkami wyrazami do nauki, Wszystkie zadania do zrobienia w domu dostają na wydrukowanych kartkach, które później zostają wklejone do zeszytu w szkole, zeszyt ten dostaje "na pamiątkę" pod koniec roku szkolnego.


5. Lunch

Nie wiem czy tak jest w każdej szkole, ale w każdej, którą znam. Wybór dań. u nas to 4-5 dań do wyboru(codziennie). Zawsze jest coś z kuchni angielskiej, kanapka, jacket popato, coś na ostro z dań wschodnich i kuchnia wegetariańska. Myślę, że każde dziecko znajdzie coś dla siebie.  Ponadto ku uciesze uczniów do każdego dania jest  deser. Galaretka, ciasto, ciasteczka, lody, budyń... codziennie coś innego. Plus też za Wodę w sali, którą dzieci mogą pić podczas lekcji, podobnie jak owoce i warzywa, które zawsze są w sali.



6. Osobne wejścia

W wielu szkołach są osobne wejścia. Osobno wchodzą do szkoły dzieci z Nursery, reception i pierwsza klasa razem, później druga klasa, a dzieci w klasach 3-6 wchodzą prosto do swoich sali. Dla mnie duży plus, bo jakoś nie mogę sobie wyobrazić tego tłumu gdyby wejście było tylko jedno, tym bardziej, że teraz wjeżdżam do szkoły wózkiem.



 Tyle by było na temat plusów, pamiętajcie tylko, że to moja subiektywna opinia. To co dla mnie jest super niekoniecznie będzie takie dla innych rodziców.  Dennis od września zaczyna pierwszą klasę!
 Jakie plusy widzicie w szkołach, do których chodzą wasze dzieci?

ps. O minusach też napisze, bez obaw ;)

wtorek, 11 lipca 2017

Gdy serce chce wracać...

         Kocham Anglię, serio! Kawałek mojego serca należy właśnie do tego miejsca na ziemi, ale po prawie 6 latach mieszkania tutaj doszłam do etapu gdzie denerwuje mnie drobnostki, a moja dusza rwie się do powrotu do ojczyzny. To nie jest do końca tak, że tęskni się tylko za ludźmi czy miejscami, jasne tęsknie za przyjaciółmi, których tu nie mam, bo nie ukrywajmy znajomości opierające się na wspólnych spacerach z dziećmi i wpadaniu na kawę to jeszcze nie przyjaźń. Brak mi mojej babci , czy młodszych braci. Poznańskiej starówki przed Bożym narodzeniem, odkrytych pływalni a nawet piaskownicy na placu zabaw. Dużo gorsza jest jednak tęsknota za czymś bliżej nieokreślonym, może za słuchaniem polskiej mowy dookoła albo tym uczuciem, że jesteśmy w domu.

        Naprawdę nie mogę narzekać na życie tu i nie chodzi tylko o względy finansowe , choć one oczywiście są bardzo ważne. Dla mnie Anglia to taki pozytywny kraj, dużo uśmiechniętych ludzi, mówiących "good morning" nieznajomym na ulicy, uśmiechają się nawet pracownicy urzędów, serio nikt nie wygląda jakby siedział tam za kare. Mój syn ma świetne nauczycielki w szkole, mamy super sąsiadów, mieszkamy w spokojnej okolicy, blisko jeziora, rzeki i community centre, w którym oferują kursy,spotkania i zajęcia dla ludzi w każdej grupie wiekowej. Mamy całkiem fajny dom z ogródkiem gdzie w razie spacerowego "nie chce mi się" mogę siedzieć z dziećmi cały dzień, jednocześnie pilnując gotującej się zupy. Wszystko było fajnie, jeszcze niecałe dwa lata temu mimo przejściowych myśli o powrocie do Polski czułam, że tu zostaniemy.

        Jednak od kilku tygodni uporczywie myślę o powrocie do Polski, nie koniecznie do mojego rodzinnego miasta. Marzy  mi się raczej mały domek z ogródkiem, cisza i spokój. Teoretycznie wiem, że w Polsce życie jest ciężkie, że powrót to dla nas zaczynanie wszystkiego od początku, nie tylko dla nas ale też dla naszych dzieci. Pomijając Noemi, która ma tylko rok i pewnie niewielka jeszcze dla niej różnica gdzie jest ale co z Dennisem? on zna tylko to miejsce, tu ma rodzinę, bo pomijając nas ma tu dziadków, ciotki i kuzynostwo. Ma tu przyjaciół i szkołę, dla niego tu jest dom, jedyny jaki zna. Patrząc na to z drugiej strony w Polsce też miałby to samo, być może jeszcze więcej rodziny i przyjaciół?
Być może mój powrót do pracy byłby łatwiejszy, bo pewnie przymusowy?

      Nasuwa się pewnie pytanie "dlaczego nie wrócicie?" Odpowiedź jest prosta, być może to za mało, za mało by wrócić i nie być pewnym, że damy radę żyć, żyć na normalnym poziomie. Nie mam pewności, że znajdziemy pracę, która pozwoli nam utrzymać siebie i dzieci. Nie mam domu, nie mam nawet mieszkania, w którym moglibyśmy zamieszkać, a wrócić i wynajmować? Tego nie zrobię, powodów jest nie mało ale to już nie na ten wpis. Wrócić , kupić dom na kredyt i jakoś żyć? nie wiedząc czy uda się ten kredyt spłacić? kupić dom, i pracując tu go spłacić? kuszące i realne ale co później, za te 8-10 lat jak już przyjdzie czas powrotu? Zabrać prawie dorosłe dzieci i wyrwać je z ich świata, bo dla nich to Anglia jest domem, urodzili się tu i tu się wychowują. Podobno "Kto nie ryzykuje nie pije szampana" ale jak zaryzykować dobro rodziny dla swojego szczęścia, które prawdopodobnie będzie krótkotrwałe?

    Z utęsknieniem czekam na tegoroczne wakacje w kraju mojego dzieciństwa, tak to odpowiednie określenie, bo wyjeżdżając miałam niespełna 19 lat. Chce pooddychać Polską przez chwilę, by przekonać się czy tęsknota dalej będzie mnie męczyć czy wręcz przeciwnie. Może właśnie tam, stojąc pośrodku znanych mi miejsc poczuje się obco?