czwartek, 25 maja 2017

Niebo

            Czasem liczę do 10 zanim wrócę na górę by położyć dzieci spać... Zamykam oczy i oddychamy głęboko żeby nie krzyczeć... Nie zawsze się udaje, podnoszęgłos i za moment tego żałuję. Nie lubię czasem swoich dzieci, Dennis wydaje się wtedy wyjątkowo pyskaty a mała jawi się jako wciąż płaczące dziecko. Mam chwilę gdy jedyne o czym myślę to by wyjść i wrócić za tydzień czy miesiąc... Bywam psychicznie wykończona, bo spędzam  24/7 w ich towarzystwie. Bez kawy pewnie zasnęłabym na stojąco, bo Noemi nie ma zamiaru przesypiać nocy mimo, że zbliżają się jej pierwsze urodziny.
              Mimo wszystko są moim niebem... Choć pokruszonym na kawałki. Zbieram je w ciągu całego dnia, te małe okruchy szczęścia, które tak łatwo wypierają z pamięci złe chwilę. Dwa okruchy rano,  pierwszy gdy budzi  się Noemi, i śmiejąc się ciągnie mnie za ucho... albo nos, ewentualnie wkłada mi palec w zamknięte oko. Wstaje Dennis i jak co dnia pyta jak mi się spało... Pyta, bo ja o to pytam od kiedy tylko zaczął mówić, opowiada co mu się śniło, próbuję przekonać mnie, że ciastka na śniadanie to dobry pomysł. Kolejne części nieba to każdy przytulas, uśmiech,  każde "mama", które czasem doprowadza do szału gdy słyszę je milionowy raz. I to, że Noemi zasypia w moich ramionach. Zbieram je tak do wieczora, czasem zupełnie nieświadomie. Wkurzam się milion razy dziennie i idę do sypialni wieczorem,  jeszcze nie do końca spokojna. Jeszcze milion razy się zdenerwuje, drugi milion usłyszę "mama" a później zasną a ja patrząc na nich będę analizować czy dziś udało mi się być dobrą mamą i kolejny raz uświadomię sobie, że są moim niebem...




środa, 29 marca 2017

(Nie)Wszystkie matki są takie same

          Jedne karmią piersią, inne podaje mleko modyfikowane od urodzenia. Rodzą siłami natury, wybierają cesarskie cięcie, adoptują dzieci z serca. Czytają poradniki, zdają się na intuicję, słuchają rad mam i teściowych. 
Matki są diametralnie różne.  Chyba nie znam dwóch z identycznym podejściem do wychowania dzieci.
Jedne są fit, pracują, biegają na siłownię, mają doklejane rzęsy i zawsze nienaganny makijaż. Inne chodzą w dresie i kucyku, poświęcają się dzieciom w 100%, godzinami spacerując i siedząc w piaskownicy.
Część publikuje setki zdjęć pociech w internecie, reszta tego unika a czasem przestrzega przed tym innych.

Tak więc jak wyżej pisałam jesteśmy bardzo różne, ale jest coś co  nas łączy, coś bardzo ważnego. WSZYSTKIE CHCEMY DOBRA NASZYCH DZIECI!!!
Dlatego tak przykro jest patrzeć, gdy matki jedna przez drugą wzywają się w internecie, bo jedna daje parówki a inna tylko eko warzywa. Jest lincz na śpiące z dziećmi  i te, które stosują naukę samodzielnego zasypiania. Na te, które szukają rady na grupach i te, które rad nie chcą. 
Tylko po co?  Po co dołować inne mamy?  Jaki jest sens w mówieniu(a raczej wmawianiu) komuś, że jest złym rodzicem,  że krzywdzi swoje dziecko?
Myślę, że część tych mam pewnie chce dobrze,  inne chcą dobrze...dla siebie.

Ja rzadko się przejmuje i robię to co uważam za słuszne,  gdy mam poważniejsze obawy raczej pytam specjalisty niż internetu ale mam serce i uczucia i gdy ktoś po raz kolejny wmawia mi że jestem nieodpowiedzialna, bo np. młody jeździ w foteliku na przednim siedzeniu zwyczajnie jestem zła lub jest mi przykro. 

Nie każda kobieta jest jak ja, nie każda mama ma tą pewność siebie (ja kiedyś też jej nie miałam) i zdarza się, że mamy karmią piersią wbrew sobie, "bo tak trzeba". Pochłaniają książkę za książką zatratracąjac swój instynkt. Trzymają się sztywno reguł,  nie swoich a narzuconych przez inne matki.

Może by tak dla odmiany być miłą? Sugerować zamiast narzucać?  Dowartościować zamiast dołować?
Wbrew pozorom to nie takie trudne ;)

wtorek, 21 marca 2017

Znałam kiedyś dziewczynkę

            Znałam kiedyś dziewczynkę, dziewczynkę zamkniętą w ciele dorosłej kobiety. Miałam kilka do kilkunastu lat, gdy mieszkała na podwórzu obok. Była duża i otyła, a jej twarz miała specyficzny wygląd. Gdy miałam  6 czy 7 lat czasem bawiłam się z nią i nie do końca wiedziałam dlaczego starsze dzieciaki z podwórka wyśmiewają dziewczynę. Owszem ubierała się inaczej, była otyła ale chciała się z nami bawić, była miła, nikomu nie wadziła. Gdzieś tam podświadomie czułam, że jest inna. Była niewiele młodsza od mojej mamy, nie pracowała,  nie miała męża,  dzieci. Wciąż mieszkała z rodzicami i rysowała obrazki całkiem podobne do moich.
Im byłam starsza tym więcej rozumiałam, wiedziałam, że jest chora ale 15 lat temu mało kto uświadamiał dzieci  czym jest Zespół Downa. Kiedy zapytałam mamy jak to jest, że ona jest dorosła a jednak zachowuje się jak dziecko. Później już wiedziałam, że ona jest trochę jak Piotruś Pan i nie dorośnie nigdy, choć będzie się starzeć. Nie będę kłamać i wybielać siebie mówiąc, że nigdy się z niej nie śmiałam, zdarzało się. Nie raz. Wiem, to złe i przykre, ale chyba nie do końca rozumiałam co jej jest. Dziś też nie jestem ekspertem od tej choroby, ale wiem, że śmiać się nie wolno, że inny nie znaczy gorszy a wyjątkowy.
Z czasem wyprowadziłam się z tamtej ulicy, dzielnicy, w inną część miasta. Czasem zdarzyło mi się spotkać mamę tej dziewczynki. Widziałam, że jeździ do specjalnego ośrodka, bo starzejąca się matka nie ma sił się nią zajmować.
Zastanawiałam się co się z nią stanie, gdy rodzicom skończą się dni. Tak zwyczajnie.
Późnej wyjechałam setki kilometrów od tamtego miejsca i nie wiem co dalej. Ta historia nie ma końca, a może po prostu ja  go nie znam?

Ten post niczego nie uczy, w niczym nie pomaga, nie uświadamia czym jest Zespół Downa. To tylko historia, którą chciałam opublikować a dzisiejszy dzień jest na to idealny.