sobota, 26 grudnia 2015

Prezent od życia...

                       Znacie to uczucie gdy dostajecie od życia prezent? Taki o który nigdy nie prosiliście ale gdzieś w głębi serca snuliście o nim marzenia? Właśnie to mi się przytrafiło, dostałam od losu niespodziankę,o której nie śmiałabym marzyć.

                       Znów zostanę mamą,nie mogę powiedzieć że to była wpadka, dziecko jest planowane. Jednak po wielu przejściach i problemach zdrowotnych nie wierzyłam że jeszcze kiedyś Zajdę w ciąże...wcześniejsze próby kończyły się niepowodzeniem i moim kilkudniowym płaczem dlatego pogodziłam się że będę mamą jedynaka, ba pokochałam to z całych sił i stwierdziłam że to idealne rozwiązanie.
 W pewnym sensie twierdzę tak do teraz,bo bycie mamą jednego dziecka jest cudowne i...łatwe. Nie boisz się że zabraknie ci miłości,cierpliwości czy pieniędzy a twoje jedyne dziecko jest idealne,doskonałe,genialne i najpiękniejsze. Nie znaczy to oczywiście że się nie ciesze,bo ciesze się i jestem cholernie szczęśliwa...choć chyba póki nie urodzę maleństwa nie uwierzę w to wszystko do końca.
                  Jestem szczęśliwa ale i pełna obaw,zastanawiam się czy będę potrafiła pokochać tą kruszynkę tak samo mocno i bezgranicznie jak mojego wyczekanego synka, czy będę potrafiła podzielić swój czas i miłość tak by żadne z moich dzieci nie czuło się skrzywdzone. Obawiam się zazdrości Dennisa o młodsze rodzeństwo,pogodzenia tych wszystkich obowiązków.
Może to wydaje się śmieszne bo przecież mówi się że kazda matka jednakowo kocha wszystkie swoje dzieci ale mówi się wiele rzeczy ,które niewiele mają wspólnego z prawdą...oczywiście nawet jeśli jakaś mama na swoje "ulubione dziecko" to przecież nigdy do tego się nie przyzna. Męczy mnie też strach że coś pójdzie nie tak w czasie ciąży ale staram się dogonić te myśli. Panicznie boje się porodu,bo pierwszy był straszny, oczywiście żyje na dzieją że za drugim razem będzie lepiej...
           Ciesze się,cieszę ale nie potrafię sobie wyobrazić jak bardzo znów zmieni się moje życie(i figura).


Wiem że nie zawsze będzie łatwo,wiem że nie zawsze będzie kolorowo ale czuje że będzie warto!

piątek, 11 grudnia 2015

Zamieniam kawałki swojej duszy na słowa

                      Ostatnio przybyło czytelników i pewnie nie wszyscy wiedzą że blog jest drugim miejscem,w którym zamieniam kawałki swojej duszy na słowa. Z początku nie chciałam łączyć pisania tutaj z moją poezją,prozą i opowiadaniami, jednak blog stał się częścią mojego życia a ogarniecie dwóch stron i całej codzienności wymaga sporo czasu. Postanowiłam więc pokazać wami inną część mnie. Trochę bardziej mroczną i prywatną gdzie poruszam tematy dużo trudniejsze niż na blogu. 

                 Chce dziś podzielić się z wami pierwszą częścią opowiadania,które jest trochę związane z macierzyństwem. Zapraszam do czytania i sugestii,ponieważ obawiam się że temat jest zbyt drastyczny na bloga


Część 1

Szczupła dziesięciolatka w ciszy przemierzała pokoje dużego domu. Przystanęła przed lustrem i roztrzęsionymi dłońmi poprawiła starannie związany kucyk.Zaraz wróci mama i wszystko musi być idealnie.-Pomyślała z niepokojem nim usłyszała zgrzyt klucza w zamku.Do przedpokoju weszła kobieta w eleganckim kostiumie.W milczeniu zawiesiła płaszcz i skierowała się do salonu, rozglądając się, przeszła do kuchni. Twarz miała srogą i jakby kamienną. Co to za bałagan?-Spytała chłodnym głosem wskazując na kropla czystej wody na kuchennym blacie. Ile razy mam ci powtarzać ze nie mieszkamy w chlewie-Powiedziała do córki marszcząc brwi. Stukając obcasami wysokich czarnych szpilek poszła do dziewczęcej sypialni. Otworzyła drzwi do słodko różowego pokoju i niemal podbiegła do biurka.Co tu robi ta ksiażka, powinna być na półce- Krzyknęła i zanim córka zdążyła się wytłumaczyć, uderzyła przedmiotem w chude ramię dziewczynki.Nie będę tolerować niechlujstwa-powiedziała i wymierzył a dziecku siarczysty policzek...Przemyśl swoje zachowanie i przyjdź przeprosić-skwitowała i wyszła.Gdy tylko dzwi się zamknęły dziewczynce poleciały łzy. Dlaczego nic nie mogę zrobić dobrze?Nie potrafią być taka jak ona, zawsze elegancka, schludna, idealna- myślała drapiąc przedramię do krwi

niedziela, 29 listopada 2015

Przyjaciółka,męczennica,Ideał czy ropucha?

                       Kto z nas nie zna dowcipów i głupawych piosenek o teściowej...A jak jest naprawdę? Ile ludzi tyle opinii ja sklasyfikowałam matki naszych mężów/partnerów do 4 rodzai

1.Przyjaciółka/druga mama
Taka fajna kobietka, z którą czasem się pokłócisz ale właściwie to jest spoko babka, bo się nie wtrąca choć potrafi mieć swoje zdanie. Wnuki ubóstwia, w niedziele na obiad zaprosi, dziećmi się zajmie jak do kina we dwoje chcecie wyjść. Ta lepsza to i twoją stronę będzie trzymać w razie kłutni z lubym :)

2.święta babcia męczennica
Pomaga wciąż niewdzięcznej synowej, przy tych niegrzecznych wnukach. Wszystko chce robić sama, ale narzeka przy tym niemiłosiernie. Obowiązkowo wynajduje u siebie wszystkie poważne choroby, jakby wyczytała je z encyklopedii. Na święta przyjechać nie chcę, zaprasza was do siebie, pomocy odmawia a później całą kolacje wigilijną skarży się że wszystko musiała robić sama. Wciąż powtarza że całe życie dzieciom i wnukom poświęca i nic w zamian. Jeśli zadzwonisz po opiekunkę zamiast podrzucić jej dzieci na pewno wypomni ci ze nie masz do niej zaufania,. Powiesz że ma odpocząć obrazi się bo uważasz ja za stara.

3.Idealna
Wprost mówi ci co robisz źle. Ale co? Wszystko! Ubierasz się nie tak, dziecko wychowujesz źle, gotujesz źle, kiepsko sprzątasz, masz nieładną fryzurę i nie najlepszy gust. Z chęcią wypomni ci to że nie pracujesz(lub pracujesz za dużo) zagląda Ci w portfel a wpadając w odwiedziny przy okazji robi "test białej rękawiczki". Matka idealnych dzieci/dziecka Jej córki takie piękne i zaradne a syn ideał. Przy każdej okazji opowiada jak to sobie świetnie radziła z dziećmi, pracą i utrzymaniem domu w idealnym porządku przez 24/7. Wciąż cię krytykuje, w gorszych przypadkach też twoje dzieci i poddaje wątpliwości ojcostwo swojego syna

4.Ropucha
Jest zabójczo miła, złego słowa na ciebie w życiu nie powie, broni cię zawsze... ale zdarza ci się usłyszeć lub dowiedzieć że za placami gada jaka to okrutna synowa jej się przytrafiła. W dobrej wierze daje mnóstwo "cennych rad" ,z których koniecznie musisz skorzystać. Chętnie pomoże ci ugotować, lub zaprosi synusia na obiad bo ty go głodzisz lub kiepsko gotujesz(oczywiście wprost tego nie powie)Przy ewentualnej kłutni twojej i męża...po cichu przypomni twojemu lubemu ze Ona zawsze mówiła że ty na żonę i matkę to się nie nadajesz.

Dobra teściowa to nie legenda a zła to nie tylko stereotyp...bez względu na to jaka jest pamiętaj...Najlepsza jest teściowa na 102, 100metrów od domu,2 pod ziemią :P

piątek, 20 listopada 2015

Tak trudno zrozumieć...

                           Wyjechałam z kraju mając niecałe 19 lat, spakowałam ubrania w karton, wysłałam paczkę i wsiadłam razem z S. do samochodu jego siostry by zacząć nowe życie. Życie na emigracji. Nie zastanawialiśmy się jak będzie, czy wrócimy do Polski... chcieliśmy po prostu żyć.  Początki były ciężkie, zostawiłam w Polsce, rodziców, rodzeństwo, ukochaną babcie i najlepszą przyjaciółkę, o której pisałam tutaj



                         Wszystko poszło bardzo szybko, po dwóch tygodniach zaczęłam prace, S. kilka dni
później.  Po kolejnych 2 dowiedzieliśmy się że jestem w ciąży. To był szok, mimo że oboje chcieliśmy dziecka. Po 4 miesiącach wynajęliśmy własne mieszkanie. Tęskniłam za Polską, za rodziną, przyjaciółmi, za znajomymi miejscami... zapachem babcinego obiadu, ale mimo wszystko pokochałam ten kraj. Pokochałam pasące się barany, plaże pełne kamieni i klifów... Spodobały mi się carbooty  pełne używanych i nowych rzeczy za grosze, uśmiechy ludzi i "Good morning"
powiedziane nieznajomemu. Naiwnie myślałam że nikt nie zrozumie mojego zachwytu tym krajem, a właściwie "lepszym" życiem w nim niż rodacy, którzy wyjechali tu jak ja. Niestety... nic bardziej mylnego. Im częściej rozmawiałam z Polakami mieszkającymi w UK tym więcej "nowinek" dowiadywałam o tym kraju...
Lekarze tacy źli, pogoda do dupy, praca straszna, Anglicy rasiści, Halloween okultystyczne, celebrowanie Bożego Narodzenia zbyt wcześnie... Usłyszałam że jak rodzić to tylko w Polsce, że SS za nic Polakom dzieci zabiera i jeszcze wiele innych. Nikt nie mówił o tym, że praca za najniższą krajową pozwala żyć na godnym poziomie, że państwo pomaga i nie trzeba wracać od razu po macierzyńskim do pracy. Ludzie nie wspominali o tym że za leki dla dzieci płacić nie trzeba...że przedszkola są małe, kameralne i przytulne. O wesołych i pomocnych Anglikach. Zwyczajnie ludzie jakby zapomnieli o ile łatwiej się tu żyje... Nie trzeba liczyć każdego grosza i bać się że zabraknie pieniędzy w połowie miesiąca. I sama się sobie dziwie że nigdy nie zadałam im pytania "Dlaczego nie wrócisz skoro  tu jest tak źle?" Teraz sama znam odpowiedź...  Polacy mieszkający w Anglii zapomnieli jak żyje się w Polsce, zapomnieli że zarobią 1800zł a 800zł zapłacą za wynajem mieszkania a reszta musi starczyć na prąd, gaz, wodę, jedzenie i ubrania. Zapomnieli jak to jest kolejny raz odmówić dziecku lizaka za 30gr bojąc się że nie starczy na chleb. Zapomnieli jak ponurzy są tam ludzie i o lekarzach faszerujących dzieci antybiotykiem na byle kaszel. Pamiętają tylko wakacyjne słońce, dobrą kuchnie i rodzinne święta. "Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma"  
A ja mam nadzieje że przypomną sobie że więcej czasu spędzali w pracy niż w domu,że do emerytury trzeba dorobić, bo nawet na leki nie starczy i docenią wreszcie możliwości jakie dała in emigracja.

Choć całym sercem rozumiem tęsknotę za ojczyzną, za krajem dzieciństwa, za upalnym latem, rodziną, przyjaciółmi i swojskim jedzeniem to nie mogę zrozumieć dlaczego zapomnieli, że na to wszystko nie mieli czasu, pieniędzy i nastroju... a najgorsze jest to że dopóki nie docenią i pokochają życia tu to nigdy szczęśliwi nie będą...


 

czwartek, 19 listopada 2015

Dlaczego on nie chce jeść?

                                  Dziś moje cudne dziecko nie zjadło śniadania, nie zjadło też obiadu. Posilił się jogurtem i wypitym mlekiem. Wczoraj było podobnie,przedwczoraj identycznie...tydzień temu też. Na palcach mogę wyliczyć dania,które zjada mój syn. Zjedzenie pełnego obiadu to abstrakcja bo mięsa nie ruszy,surówki podobnie...ziemniaki zje,najchętniej takie suche bez sosu,ryż odpada,kasza jest "blee". Makaron?Super ale suchy lub z masłem i serem żółtym. Na śniadanie tylko płatki...całe szczęście te kukurydziane bez żadnych dodatków.chleb,parówki,owsianka,kasza manna a nawet słodki budyń odpadają. Na kolacje wypija herbatę,ewentualnie zje płatki.
                                 Jak się domyślacie mój syn to taki"Tadek-niejadek" ale nie było tak zawsze...Jeszcze rok temu jadł wszystko i to w ogromnych ilościach,w drodze ze sklepu potrafił pochłonąć bułkę i 2-3 kabanosy,Pierwsze co mówił po obudzeniu to "mama am".Co się stało? Nie mam pojęcia...z dnia na dzień jadł coraz mniej...aż doszło do czego doszło...i nie zjada prawie nic.To straszne uwierzcie...Nie biegam za nim z jedzeniem,nie zmuszam.Zachęcam,gotuje razem z Dennisem,(a właściwie on ze mną),Przez pewien czas pozwalałam mu wybierać produkty w sklepie,na które ma ochotę. Wycinałam łódki,pieski i domki z kanapek,staram się by jedzenie było kolorowe i estetyczne...i co? NIC,wielkie nic...nadal je mało,mam wrażenie że coraz mniej. To smutne,wiem że nie jest głodny ale nie wiem dlaczego i jak mu pomóc. Mały jest zdrowym pogodnym dzieckiem,rozwija się prawidłowo.Wyniki badań są w porządku,więc dlaczego tak mało je?Przecież to nie jest zdrowe...
                           Kiedyś myślałam że mnie to nie dotyczy,że niejedzące dziecko to wina rodziców i złych nawyków żywieniowych. Wydawało mi się że jeśli dziecko nie je to znaczy że wcześniej "zapchało się" ogromną ilością słodyczy lub słonych przekąsek.Teraz wiem że tak nie jest...że dziecko może być niejadkiem bez konkretnego powodu. Jestem bogatsza  tą wiedzę i biedniejsza o tysiące minut spędzonych na myśleniu i zamartwianiu się dlaczego mój małych nie chce jeść...
No właśnie,Dlaczego?

poniedziałek, 16 listopada 2015

Nie chce taka być...

                                    Jeszcze całkiem niedawno,gdy Dennis był słodkim berbeciem, ja sumiennie dążyłam by być doskonałą. Wydawało mi się że ten wyidealizowany obraz matki,żony,kucharki,sprzątaczki i kochanki w jednym jest prawdziwy i dobry.
Wydawało mi się że przy jednym dziecku bezproblemowo powinnam godzić obowiązki domowe i wychowanie syna. Rzecz jasna udawało się to nie najlepiej,w efekcie byłam zła,sfrustrowana a ostatnie na co miałam ochotę to zabawa z dzieckiem. W nocy zamiast cieszyć się czasem z ukochanym wypłakiwałam oczy w poduszkę,myśląc że kiepska ze mnie matka i kobieta. Dennis rósł a mnie dobijały pytania..."Dlaczego on taki głośny,powinien już być grzeczny"  "Jak to nie miałaś czasu posprzątać,bo mały płakał?"   "Założyła byś coś normalnego i zrobiła makijaż"  no i słynne:"Czym ty jesteś zmęczona".

                                 Całe szczęście nie słyszałam tego od mojego partnera. On wspierał mnie zawsze i nie raz zadowalał się kebabem czy pierogami z paczki zamiast domowego obiadu. To chyba on uświadomił mi że wcale nie chce być "idealną matką"... bo nie chce...Nie tylko dlatego że to niewykonalne ale tez ze względu na syna. Nie chce by Dennis chodził "Jak w zegarku"...nie chce żeby pamiętał swoje dzieciństwo jak lata u boku sfrustrowanej wariatki,która sprząta,gotuje,upomina i nigdy się nie uśmiecha. Chce "przymknąć oko" na 5 minut gdy on skacze po łóżku wiedząc że nie wolno. Chce nie zauważyć zabranego ze stołu ciastka tuż przed obiadem. Chce biegać w leginsach po parku,bawiąc się z nim w berka. Robić ludziki z kasztanów i babki z piasku.


Dzieci widza naszą frustrację, ona odbija się na nich ale nie tylko. Widać ją w codzienności,czujesz ją ty,twoje dziecko i partner. 
Dążenie do ideału dobiera ci chęć do życia? Odpuść! Nikt nie jest doskonały. Zamień perfekcje na szczęście!

wtorek, 27 października 2015

czas...

                   Czas...dziwne zjawisko...kiedy na coś czekamy minuty ciągną się jak godziny ale w miłej atmosferze godziny pędzą jak minuty.
Od pewnego czasu mierze dni trochę inną miarą...od narodzin Dennisa jest to miara postępów.Pierwszy uśmiech, ząbek,krok,słowo "mama"... Pierwszy buziak,pierwsze słowa "kocham Cię", przedszkole...ale też samodzielności. Koniec butelek,smoczka,pieluch...samodzielnie założone buty. Pierwsze "Ja sam" i "odsuń się". Cholerna duma mnie przepełnia gdy znów słyszę "Jaki on już dorosły" a jednak czasem chciałabym by zawsze był moim małym chłopcem. Wiem że nie zatrzymam go przy sobie na zawsze a jednak czasem bardzo bym chciała.
Może Rodzic to rzeczywiście inny gatunek człowieka? Tak bardzo chcemy by nasze dzieci były samodzielne i poradziły sobie w dorosłym życiu a jednak nie do końca dopuszczamy do siebie myśl że kiedyś naprawdę dorosną.
Jasne nie przestaną nas kochać,czasem będą nas potrzebować ale nie zostaną na zawsze słodkimi bobasami czy rezolutnymi kilkulatkami. Skończą szkoły,poznają partnerów,wezmą ślub,będą mieć dzieci i wszystko się zmieni...


Widzę jak z dnia na dzień mój mały synek rośnie i mówienie do niego "bubu" jakoś przestaje być na miejscu.Wciąż mnie zaskakuje swoją wiedzą o świecie. Rzeczy oczywiste dla mnie często są też oczywiste dla niego mimo że nie przypominam sobie bym mu tłumaczyła że ptaki składają jaja a z nich wykluwają się pisklaki, albo że św. Mikołaj wchodzi przez komin a my powinniśmy zostawić mu mleko i ciasteczka. To takie zwyczajnie proste rzeczy z których jestem dumna a jednocześnie wprawiają moje ciało w drżenie. On rośnie,cały czas...każdego dnia jest bardziej samodzielny niż wczoraj... dziś przedszkolak,jutro uczeń a za tydzień student...mam wrażenie że któregoś dnia obudzę się, wejdę do jego pokoju a tam zamiast dziecięcych tapet i regału wypełnionego niezliczoną ilością pociągów zastane pokój gościnny lub jakąś pracownie. On zadzwoni że wpadnie w niedziele na obiad z zoną i dziećmi. Będzie dorosły a ja będę
 zastanawiać się gdzie podział się mój mały synek,który tak niedawno stawiał pierwsze kroki a skaleczony palec leczył maminym całusem.





czwartek, 22 października 2015

Matka nieogarnięta ogarnia!

                                         Zawsze byłam "lekko" niepoukładana w każdym tego słowa znaczeniu. Często mówię i pisze chaotycznie,bo niestety tak myślę. Wydaje mi się że cały mój świat to spora porcja bałaganu i chaosu. Niestety mój "artystyczny nieład"(tak ładnie nazwała to kiedyś moja ukochana ciocia,siostra mojej babci) przekłada się również na zwykłe,codzienne życie.

                                        Gdy jeszcze chodziłam do szkoły i mieszkałam z rodzicami(swoją drogą było to całkiem niedawno) moje roztrzepanie i bałaganiarstwo przeszkadzało dosłownie wszystkim,wszystkim oprócz mnie,rzecz jasna. W pokoju wiecznie walały się niepoukładane ubrania,kubki po herbacie,stosy książek i miliony kosmetyków. Oczywiście sprzątałam,a przynajmniej starałam się.Później znów robiłam bałagan,bo nic nie mogłam znaleźć. Nauczyciele w gimnazjum i szkole zawodowej płakali nad moimi zeszytami,w których brakowało połowy notatek.
Notatki gdzieś były....gdzieś, zapisane na kartkach,bo zeszyt został w domu. Wciąż coś gubiłam,zapominałam przynieś potrzebne rzeczy czy czegoś nie robiłam ale nie przeszkadzało mi to.

                                      Oczywiście nie przeszkadzało do czasu, a mianowicie do momentu gdy urodził się Dennis. I nagle zaczęło mnie wkurzać że nie mogę znaleźć nawilżonych chusteczek ,które przed chwilą trzymałam w ręku. Wstyd mi było gdy ktoś wpadał bez zapowiedzi a dom był nieogarnięty mimo że miałam na to sporo czasu. Nie wiedziałam jak zaplanować dzień by posprzątać,zrobić obiad,ogarnąć małego i wyjść z nim na spacer. Nawet gdy jakimś cudem udało mi się zrobić wszystko do czasu powrotu S. z rannej zmiany to po kilku godzinach znów dom wyglądał jakby przeszło tornado. Nie wiem nie potrafię tego wytłumaczyć.

                                     Dziś Dennis ma ponad 3 lata(czyt.potrafi się sobą zająć) a mi nadal wiele brakuje do perfekcyjnej pani domu. Tak jest lepiej,obiad częściej ugotuje(choć tego nienawidzę),podłogi są czyste,pranie zrobione a łóżka pościelone. Niestety skłamałabym mówiąc że w domu jest,obiad,ciasto i porządek w jednym momencie. Nadal mam nieposkładane ubrania,choć teraz zazwyczaj są w jednym miejscu. Dokumenty są w teczce,no prawie wszystkie...Obiad jakiś jest(dziękuję sklepom za pierogi mrożone i "pomysł na")Mały po sobie sprząta,oczywiście czasem muszę go o to prosić 10-20 razy ale na pierwszy rzut oka wszystko wygląda nieźle i nawet byłabym z siebie dumna gdyby....no właśnie...Gdyby nie to że są osoby,które wciąż myślą że skoro nie pracuje to dom musi być czysty jak muzeum,mały idealnie grzeczny a ja piękna i uśmiechnięta jak mamy z reklam w tv.

Źródło:Internet

piątek, 16 października 2015

10 rzeczy,które zrobiły ze mnie złą matkę!

ZANIM PRZECZYTASZ TEN POST SCHOWAJ HEJTY WŁĄCZ SWOJE POCZUCIE HUMORU.

                                     
                               Im więcej udzielam się na forach i grupach dla rodziców tym częściej dowiaduje się co robię  źle i dlaczego jestem okropną mamą. Oto kilka rzeczy które koniecznie musisz zrobić by zasłużyć na to "cudowne" miano.

1.Zagraniczne imię
Ooooo tak,nadanie dziecku zagranicznego,lub obco brzmiącego imienia to zło wcielone i patologia.
Nie ważne czy mieszkasz w Polsce czy nie, to nic... nawet jeśli twój mąż/partner nie jest polakiem...
Dałaś córce na imię Jessica,Nicola czy Vanessa? Jesteś patologia! Twój syn ma na imię Brian,Dylan lub Colin? Na pewno dałaś mu takie imię żeby czuł się wyjątkowy,bo nic innego zapewnić mu nie możesz. Przecież ludzie na poziomie dają "normalne",polskie,klasyczne imiona....Ziemowit i Genowefa tak pięknie brzmi a z twojego dziecka będzie śmiało się pół szkoły

2.Cukier,sok i krowie mleko
Nie jesteś eko? Nie nadajesz się na matkę! pozwalasz dwulatkowi na słodycze,roczniakowi podajesz do picia krowie mleko na zmianę z Kubusiem? Niszczysz swoje dziecko! Zabijasz je! wszystko czego używasz a nadaje potrawą normalny smak(nawet odrobina soli) robi z ciebie nieodpowiedzialnego rodzica. Nie chcesz linczu?Hoduj warzywa i zioła na ogrodzie z dala od miasta i ulicy,wyrzuć sól i cukier a do picia podaj wodę.

3.Żłobek,przedszkole,opiekunka
Wracasz do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim? Twoje dziecko nie ma cudownej(lub ma pracującą)babci ,która się nim zajmie kiedy ty jesteś w pracy więc oddajesz dziecko do żłobka. Jesteś bez serca! Jak możesz realizować się w pracy zostawiając malucha na pastwę pań w żłobku i innych dzieci! Uraz psychiczny gwarantowany. Ok,olewasz żłobek. Znajdujesz super miłą nianie. Jesteś nieodpowiedzialna, dla swojego widzi-misia zostawiasz dziecko z obcą kobietą...a co jeśli je porwie,pobije(to nic że opiekunka jest sprawdzona) albo nie daj boże dziecko ją pokocha! wtedy koniec...gdybyś była "lepszą" mamą dziecko by za tobą tęskniło. Posiedziałaś w domu dłużej i dajesz dwulatka do przedszkola? Bobasa takiego,dzidziusia małego..."rzucasz" do tej dżungli!

4.Przeżute jedzenie i strawione mleko
Obrzydza Cię obślinione przez twoje dziecko ciastko? odrzuca Cię od wymiocin twojego nowo narodzonego maluszka, a może od tych słodkich kupek? W takim razie albo go nie urodziłaś albo nie masz za grosz instynktu.

5.Halloween
(Bardziej dotyczy mam, które tak jak ja nie mieszkają w Polsce)
Obchodzisz Halloween,stroisz dom,przebierasz dziecko za słodkiego wampirka i zbieracie cukierki. Jak możesz obchodzić to pogańskie (nawet jeśli nie jesteś katoliczką)okultystcznę ,satanistyczne święto! Taką zabawą ściągasz na siebie i swoje dziecko "złe moce" i nawet osikana pielucha i przełamanie(chyba tak się to nazywa?) dziecka nie pomogą!

6.Masz dosyć
Masz dosyć swojego dziecka? Chcesz je wysłać na marsa chociaż na jeden dzień? Kolejny dowód na to że jesteś okropnym rodzicem. Jak możesz mieć dosyć takiego słodkiego aniołka? No nic że od dwóch lat nie przespałaś nocy,bo najpierw kolki,później zęby a teraz bunt i bóle wzrostowe?Powinnaś nosić dziecko na rękach całe noce z uśmiechem na twarzy...przecież to twój cud.

7.Masz pasje
Jeśli dzieci nie są twoim jedynym tematem rozmów i masz swoje hobby,któremu oddajesz się w wolnych chwilach to no cóż...albo masz za dużo czasu albo zaniedbujesz dzieci...W wolnych chwilach to powinnaś prasować lub z pasją układać klocki z maluchem.

8.Dobrze wyglądasz
Co tu dużo mówić...makijaż pewnie zrobiłaś zamiast dać dziecku śniadanie. Pojechałaś na zakupy i kupiłaś sobie buty? No jak to sobie? A dziecku to co? Na pewno potrzebuje 5 pary słodkich kapcioszków. Ćwiczysz? Jak ty możesz przecież twoja obwisła skóra,rozstępy i +10kg to piękny dowód na to że jesteś mamą!

9.Facebook,Istagram,Blog
Krótko. Zamieszczasz zdjęcia dziecka?Piszesz o nim? Prowadzisz bloga o waszym życiu? To czyste zło! Narażasz je na pedofilie i porwania!

10.Wychodzisz
Rzecz jasna, póki to plac zabaw,masaż(niemowląt oczywiście) lub zakup to nie ma sprawy ale jeżeli zostawiasz dziecko z tatusiem i idziesz sama na kawę,drinka(o bosz! Jak możesz pić) a nawet spacer to jesteś wyrodną matką.





wtorek, 13 października 2015

Tak mało potrzeba...

   ZANIM PRZECZYTASZ TEN POST WIEDZ ŻE NIE JESTEM PSYCHOLOGIEM,PEDAGOGIEM CZY INNĄ OSOBĄ UPOWAŻNIONĄ BY DORADZAĆ W SPRAWIE WYCHOWANIA DZIECI. POST JEST MOIM SUBIEKTYWNYM SPOJRZENIEM NA TEMAT.                



Jak wiele nam trzeba by życie toczyło się tak jak sobie zaplanowaliśmy? Ile wyrzeczeń nas czeka w Drodze do spełnienia marzeń? Jak wiele musimy zostawić za sobą ludzi,miejsc i sytuacji by osiągnąć sukces? 

                    Nie wiem. Zwyczajnie nie znam odpowiedzi na to pytanie,właściwie wydaje mi się że jej nie ma. Przecież każdy z nas ma inne marzenia,plany.Dla każdego sukces oznacza co innego. Sukcesem może być zarówno znalezienie pracy po studiach jak i zajście w upragnioną ciąże. Jeden marzy o własnej,dobrze prosperującej firmie, gdy ktoś inny pragnie mieć  wierną żonę i Gromadkę dzieci.

                  Jedno jest pewne bez pewności siebie i wiary w swoje możliwości będzie ciężko. Skąd to wiem? hmmm większość swojego życia nie wierzyłam...nie wierzyłam w nic. Nie miałam marzeń,planów,celów. Żyłam z dnia na dzień,nie widząc sensu by do czegoś dążyć.w pewnym momencie moja pewność siebie była tak krucha,że bałam się odpowiadać na lekcji,bo zawsze wydawało mi się że powiem coś źle. Wzywana do tablicy trzęsłam się jak osika,bo miałam wrażenie że wszyscy się ze mnie śmieją.Nie potrafiłam się za klimatyzować wśród rówieśników. Nauka szła mi kiepsko,sport też nie najlepiej...w większości przypadków z mojej winy,ponieważ dużo wagarowałam.  STOP nie o mnie miał być ten post więc przejdźmy do sedna sprawy

                Skąd się bierze pewność siebie? Opcji jest kilka:

WRODZONA,czyli zawarta w charakterze,o tak to możliwe! Zwyczajnie istnieją dzieci,które od małego są odważne i pewne siebie. Takie dzieciaczki, zazwyczaj zaczepiają ludzi i zagadują.Bez problemu pozują do zdjęć czy występują w szkolnych przedstawieniach. Niestety tą cechę bardzo łatwo zniszczyć,stłamsić lub zaburzyć gdy dziecko jest małe. Najczęściej robią to rodzice. Jak? To bardzo proste,wciąż powtarzając: "Nie wchodź,sam sobie nie dasz rady." " Mamusia Ci pomoże" "wstydź się!Nie wolno zagadywać ludzi" "Wcale nie jesteś taka ładna/mądra/zdolna jak Ci się wydaje"...A więc ile razy wypowiedziałeś takie zdanie/a? zastanów się czy było to słuszne?

WYCHOWANA,czyli taka pewność siebie ,za którą można dziękować rodzicom,czasem dziadkom,rodzeństwu. Pojawia się wtedy gdy niezbyt śmiałe,odważne dziecko jest "popychane" ku pewność i namawiane by uwierzyło w siebie. W brew pozorom nie jest tak trudno tego dokonać. wystarczą chęci i czas. Chcesz?Pomogę Ci! Gdy twoje dziecko po raz kolejny poprosi byś robił coś za nie,lub pomógł mu tłumacząc że nie da rady zwyczajnie zapytaj "Próbowałaś/eś zrobić to sam/a?".W odpowiedzi pewnie usłyszysz "Nie","Nie dam rady","Boje się",warto wtedy zachęcić dziecko do próby ale NIE ZMUSZAĆ! Nie jest to proces jednodniowy,tygodniowy czy nawet kilku miesięczny.By zaszczepić w dziecku pewność siebie czasem trzeba lat ale może warto? Choćby po to by nie bało się sięgnąć po swoje marzenia?

NABYTA to ta,która zazwyczaj przychodzi z dnia na dzień.Często gdy masz naście lat lub w dorosłym życiu. Jak? Sposobów jest tysiąc. Gdy kolejny raz kolega z klasy podkłada ci nogę na przerwie a ty pierwszy raz się przeciwstawiasz bo masz dosyć...i nagle widzisz że to działa. Gdy z pozoru kochający mąż wypomina ci kolejne kilogramy dzień po dniu a twój najlepszy przyjaciel mówi że do twarzy Ci w bardziej"apetycznym" ciele,że twoje ukochane 50kg wcale nie było takie piękne. Aż pewnego ranka stajesz przed lustrem i zamiast fałdek tłuszczu widzisz pełne piersi i okrągłą pupę. Bam! i już wierzysz w siebie.

     Którąkolwiek pewność siebie będzie miało twoje dziecko,będzie mu łatwiej. Zamiast mówić "Może spróbuje" powie "Zrobię To!". Będzie śmiało iść naprzód,aż dotrze do celu. Będzie kochać siebie i życie spełniając marzenia.

wtorek, 29 września 2015

Dałam sobie rok...

                                            Nigdy nie czułam wyższej potrzeby pisania bloga.Nie mam interesującego życia, nie zajmuje się tworzeniem cudów z tiulu,wełny czy innego materiału,o których mogłabym pisać. Nie mam wiele do powiedzenia w kwestii wychowania dzieci czy zdrowego odrzywiania.
Ja zwyczajnie kocham pisać,robię to od dziecka. Z moich wyliczeń wynika że od około 15 lat.
Blog to miał być test,dzięki któremu dowiem się czy potrafię pisać coś więcej niż ciężką do zrozumienia poezje i prozę. Dałam sobie rok,rok na pisanie i wejście w ten okrutny blogowy światek. Obiecałam sobie że jeśli blog uzyska w ciągu roku 1000 polubień na fan page,wpisy będą czytane i komentowane blog zostanie pełnoprawną częścią mojego życia.

Niestety od jakiegoś czasu myślę nad wykorzystaniem opcji "usuń"...czuje że robię z siebie pośmiewisko zajmując się czymś do czego się nie nadaje i to nie wina hejtów a moje zdanie.
W zamyśle blog miał być o macierzyństwie ale uświadomiłam sobie że mimo iż jestem mamą ponad 3 lata nic o nim nie wiem. Miałam pisać o codzienności ale jest nudna(przynajmniej moja). Mogłabym pisać o życiu na emigracji ale nie widzę specjalnej różnicy między życiem w UK a PL (oczywiście z wyjątkiem kwestii finansowych)

Po raz kolejny zastanawiam się czy warto pisać tu dalej jeśli to nikomu nie pomaga? Może jestem naiwna ale wciąż wierze że mogę pomóc tym co robię,albo chociaż wywołać sekundowy uśmiech na twarzy. Nie raz słyszałam że moja poezja leczy dusze, pomaga inaczej spojrzeć na problemy, więc pisząc kolejny wiersz mam poczucie że robię coś cholernie dobrego,bo nawet jak uratuje jedną osobę to i tak ogromny sukces. wrzucają tutaj kolejny tekst czuje że jest kiepski... i myślę "usuń ten piep***ny blog" ale


obiecałam że dam sobie rok....





piątek, 4 września 2015

Trochę inne macierzyństwo-młode mamy.

Dzisiejszy post jest inny niż dotychczasowe teksty dodawane na tym blogu... 3 wyjątkowe mamy opowiedzą nam o swoim wczesnym macierzyństwie, o tym jak poradziły sobie z edukacją, wychowaniem dziecka i kpinami otoczenia. Zapraszam :)



Sandra(24l),mama Wiktorii(9l) i Patrycji(16msc.)

"Tak naprawdę nie wiem od czego mam zacząć moje życie jest dość kontrowersyjne. Jestem mamą inną niż wszystkie Powód?zostałam nią mając 15 lat !!!
Zacznę od początku żeby wam opisać jak to wyglądało  z czym się wiązało piekło ,przez które przeszłam.Sandra czy Ja :) 14 latka zakochana po uszy, prawdziwa pierwsza miłość.On starszy o 6 lat...tak wiem szokuje ale tak było.Zawsze byłam osobą samodzielna ,nie zawsze wybierałam drogi dobre i nie raz łamałam prawo  Za które nigdy nie odpowiadałam przed Sądem , Zawsze mówili że jestem bardzo dojrzała jak na swój wiek.Czułam się dorosła i za taką się wtedy uważałam . Czułam się samotna, opuszczona ,nie akceptowana przez Matkę i ojca, który na wszystko pozwalał by mieć spokój.Brakowało mi ich , najbardziej miłości P. poznałam przypadkiem ,potrafił mnie słuchać,dawał miłość i czas którego tak mi brakowało. Spędzaliśmy ze sobą całe dnie . Dni z nim były takie same, rozmowy o życiu, o niczym...Z miesiąca na miesiąc posuwaliśmy się dalej aż doszło do zbliżenia. Po 8 miesiącach związku okazało się że jestem w ciąży . Pamiętam jak tydzień wczesnej oglądałam "Rozmowy w Toku"o Nastoletnich Matkach.Sądziłam że to nie możliwe , a jednak padło na mnie. Gdy zobaczyłam test pomyślałam że koniec ze mną , Matka mnie zabije on zostawi . Myślałam o samobójstwie ale nigdy  o aborcji. Nigdy nikogo nie zabiłabym to dlaczego miałam teraz to zrobić . Wolałam zabić siebie ale myśl że dziecko jest we mnie...że żyje.Sprawiło że nie mogłam . Gdy robiłam test prawdopodobnie byłam już 3mc. byłam jedna z tych co miesiączkę miały regularnie aż do 3 mc ciąży.Ubzdurałam sobie że nikt się nie zorientuje kupowałam na lewo witaminy.On się bał konsekwencji swojego czynu. ja bałam się że go zamkną i zostanę sama . W ukryciu trwałam do 7 mc ciąży wtedy zaczynało być widać. Plotki po szkole chodziły aż dorwała mnie wychowawczyni ale nie przyznałam się .Ona po kryjomu skontaktowała się z mamą . No i się sypło z jednej strony się cieszyłam że nie muszę udawać , z drugiej cholernie się bałam. Mama wykrzyczała na mnie słowa, które za każdym razem wbijały mi nóż w serce ,słowa bolące niesamowicie .Ja  wykrzyczałam jej że gdzie była przez ostatnie lata . W końcu usiadłyśmy i płakałyśmy . Powiedziałam jej że urodzę, że nie oddam bo jest moje obiecała że pomoże . Hmm Tata dowiedział się miesiąc przed porodem . Jego słowa brzmiały tak:"Mogłaś powiedzieć wcześniej udało by się coś z robić a teraz co ?"  Wybiegłam z domu z płaczem prosto do P . Jego matka wiedziała wszyscy już wiedzieli no prawie ...prócz mojego Brata.Pierwsze porządne USG... widziałam ją ,słyszałam lekarz nie komentował wytłumaczył i powiedział że najbliższe dni spędzę w szpitalu.Rozwarcie na 3cm...na jego Oko był to 30 tydzień.Trafiłam do Szpitala Świętej Rodziny w Poznaniu. Jedynie tam mogłam rodzić , pobyt tam spowodował u mnie brak wiary w ludzi. Lekarze zrobili USG ,nie wiedzieli ,który tydzień.Było ich czterech,każdy mówił coś  innego . Za drzwiami czekała Policja ,czekali na moje zeznania.. pielęgniarka powiedziała że mnie zgwałcił tłumaczenie się przed nimi nie było łatwe i przyjemnie.Rozmowy z psychologiem nie wpłynęły na  zmianę moich zeznań. Wytrzymałam do 32 tyg ,gdy zaczął się poród trwał 2,5 godziny . Rozdziałam siłami natury gdy było po wszystkim panowała cisza pytałam dlaczego Ona nie płacze lekarze biegali ze sprzętem ,po 10 minutach dopiero ją usłyszałam, zaczęłam płakać razem z mamą ,bo to ona była przy porodzie .Stan Wiktorii był ciężki i dlatego dałam jej to imię . Nie dawali szans że przeżyje zapalenie płuc ,bezdech i inne schorzenia . Pytali się czy ją oddaję ..to pytanie słyszałam wiele razy ale nigdy nie powiedziałam im że Tak. Gdy ją zobaczyłam pierwszy raz w inkubatorze ,walczącą o życie...płakałam godzinami obwiniałam siebie za jej stan.Mówiłam jej że musi żyć dla mnie i nie może mnie zostawić . Z dnia na dzień stan mojej córki się poprawiał dawała samodzielnie sobie radę . My w tym czasie załatwialiśmy dokumenty.Postanowiliśmy iż moi rodzice zostaną rodziną zastępcza dla niej , do moich 18 urodzin. P dostał wyrok w zawieszeniu za sypianie z nieletnią,ja upomnienie za sypianie z dorosłym Szykowanie pokoju i indywidualnego Nauczania w domu .Po miesiącu wypuścili Wiktorie do domu,mama pomagała mi we wszystkim. Uczyłam się dla niej,każda dobra ocena była dla niej... P. tym czasowo mieszkał z nami by pomagać . Córka rosła a mnie rozpierała duma.Nie miałam koleżanek ,wszyscy uważali mnie za dziwkę, szeptali ,wytykali,obrażali nie tylko mnie ale i Wiki.
Po jakimś czasie przestałam reagować , zdawałam z klasy do klasy ona rosła musiałam zmienić swoje życie dla niej.Pierwsze 4 lata to były częste wizyty u lekarzy w poradni wcześniaków Zajmowałam się małą jak mogłam najlepiej, nie brakowało mi imprez ,swobodnego życia . Kochałam je takie jakie było.Może to dla tego że w końcu ktoś tak mały kochał mnie bezgranicznie.Z .P rozstałam się, nasz związek zaczął być chory , awantury , krzyki i przemoc.Stał się kimś innym zupełnie obcym człowiekiem.Oddalał się ,aż gdy Wiki miała 2, 5 roku odszedł ode mnie i po pewnym czasie od niej. Brakowało mi go z początku, później stwierdziłam że to dobrze . Bałam się związku nowego czy pokocha mnie i Wiki i czy będzie dla niej dobry. Aż pojawił się on: Paweł-człowiek, który zmienił mój pogląd na ludzi przewrócił mi wiarę w nich . Dał mi szanse na lepsze a co ważne pokochał Wiki jak swoje dziecko. P, przestał odwiedzać Wiki aż w końcu zapomniała o nim a Pawła zaczęła nazywać go "Tata".Rodzina Pawła  przyjęła nas ciepło, od razu należałyśmy do ich grona. Matka P. zerwała kontakt ,nie była już babcia tylko obca osobą.Wiki zyskała nowych dziadków, ciocie ,wujów , oraz Prababcie . Ludzi,którzy kochają ją nad życie . Paweł stał się naszą opoką i miłością życia.  z P łącza mnie dziś tylko zaległe Alimenty i nic więcej,nie widuje go,nie rozmawiam i tak zostanie.Wiki ma już prawie 10 lat, ja prawie 25 .Jest starszą siostrą 16 miesięcznej Pati. Obie są oczkami w głowie Pawła ,mi nic więcej nie potrzeba . Może i nie mam studiów tylko zawodówkę ale moje dzieci mają moją bez graniczną miłość i młodą szaloną mamę . Nie oczkuje oklasków, pochwał, wystarczy mi to że ludzie przestaną atakować młode matki i je obrażać .Im potrzeba wiary w ludzi,pomocy i zrozumienia by czuły się akceptowane . To tyle , skróciłam moje 10 lat jak tylko mogłam . Pozdrawiam was Serdecznie . S.D"




Monika(19l) mama Leny(16msc.)

"Dzień dobry. Mam na imię Monika i mam 19 lat. Moja córka Lena ma 16 miesięcy i chciałam wam opowiedzieć naszą historię na prośbę naszej kochanej Oli J.Mając lat szesnaście poznałam ojca mojego dziecka – był przystojny, coś mnie w nim urzekło. Zagadałam i tak zaczęła kręcić się nasza historia. Pół roku później, miesiąc po moich siedemnastych urodzinach okazało się, że jestem w ciąży. Dla mnie to był mega szok i płacz. A mój facet.. no cóż, on się cieszył. Było to tak dziwne, że aż tą swoją radością mnie wkurzał. Ale stanął na wysokości zadania – był przez całe dziewięć miesięcy i półtora miesiąca po porodzie. Potem nas zostawił.. z tego miejsca, serdeczne chciałabym pozdrowić niedoszłą teściową i resztę jego rodziny.Przyszedł w końcu czas, kiedy o wszystkim powiedzieliśmy rodzicom. Moi nie byli zachwyceni, powiedzieliśmy sobie wiele słów, których do tej pory żałujemy, ale już jest w porządku. Rodzice, jak to rodzice – również stanęli na wysokości zadania. Opłacali ginekologa, wszystkie potrzebne badania. I załatwili wszystko w szkole tak, bym mogła mieć zajęcia indywidualne. Jednak do ósmego miesiąca dzielnie chodziłam do szkoły, nie zwracając uwagi na docinki  (tutaj pozdrawiam Kacpra – anioła stróża, który zawsze przy mnie czuwał i umiał zamknąć jadaczkę tym najbardziej ujadającym).Mieszkam w wiosce. To że byłam w ciąży było sensacją. Dalsi sąsiedzi i dwoje największych plotkarzy w wiosce nie zostawiło na mnie suchej nitki. Było przykro tego słuchać, ale się nie dałam. Z jednym panem stanęłam kiedyś oko w oko i powiedziałam mu co myślę o nim i jego gadaniu o mnie. Mnie mógł obrażać, ale nie moje nienarodzone dziecko. Nauczyciele zareagowali w bardziej normalny sposób. Byli wspaniali – przyjeżdżali tak jak mi pasowało, zawsze przed lekcją dzwonili, czy na pewno mają przyjechać i w tym czasie byli naprawdę dobrym wsparciem. Moi koledzy i koleżanki z klasy również zachowali się świetnie. Zawsze mogłam liczyć na trójkę moich przyjaciół – Roksanę, Martę i Ziemowita. Jeszcze nigdy się na nich nie zawiodłam. Roksana była jedną z pierwszych osób, które zobaczyły Lenkę. Przyjechała zaraz po moim telefonie i spędziła z nami cały dzień, a później wpadła co drugi. Kocham ją J. Lenka zawsze coś dostawała od mojej klasy, choć nie musiała. Oni wtedy byli najlepszym wsparciem na moje złamane serce.Moi rodzice bardzo się dla mnie poświęcili. Jak chodziłam do szkoły przez cały rok zajmowali się Lenką. Spali z nią, wstawali do niej.. i dzięki tej pomocy, ukończyłam wymarzone liceum. Fakt faktem, nie zdałam matury z matematyki, ale mimo wszystko mogę powiedzieć: poradziłam sobie. Jestem wielka.



Ewa(25l) mama Zosi(7l)



"Gdy zaszłam w ciąże miałam 17 lat. Od pol roku mieszkałam  z ojcem dziecka pracowałam i uczyłam się zaocznie.  Ciąża nie była dla nas niespodzianka,  raczej efektem naszego eksperymentu. Postanowiliśmy ze przez jeden miesiąc zaryzykujemy bez tabletek, jeśli Zajdę w ciąże to fajnie, jeśli nie dalej będę brała tabletki. Rozmawialiśmy już wcześniej na temat dziecka, oboje mieliśmy po Górkę w domach. Byliśmy strasznie zakochani wiec dziecko miało być cementem dla naszego Związku i rodziny. Oczywiście dostaliśmy od losu co chcieliśmy... okazało się ze jestem w ciąży. Były łzy szczęścia, ogromna radość... tego dnia nie zapomnę nigdy. Chodziliśmy po Długiej w GDAŃSKU wtuleni, szczęśliwi, snuliśmy plany. Pierwsza o ciąży dowiedziała się moja mama. Na pytanie ojca dziecka o moja rękę od razu wiedziała co jest grane. Odziwo tez płakała  ze szczęścia. Gorzej z drugimi dziadkami... padła masa słów,których nigdy nie zapomnę- ,,złapała Radka na dziecko,, ,, nie wiem co wy z tym dzieckiem zrobicie ,chyba oddacie do domu dziecka,, ,, lepiej by było jak by poroniła,,... Wróciliśmy do rodzinnego miasta, a ciąża niestety stała się okresem konfliktów, awantur i łez ale już nie  radości. Konflikty miedzy teściami a moja mama narastały a co za tym idzie odbijały się na nas i naszym związku. W rezultacie on uciekł od problemów do pracy ,do norwegi a ja zostałam sama z ciążą i problemami. Tydzień po jego wyjeździe wylądowałam w szpitalu. 7 tygodni  w lęku o życie maleństwa ... przez ten cały czas teście nawet nie zadzwonili, nie zapytali o dziecko. Pierwszy raz pojawili się już po porodzie. 7 lipca 2008 roku po wielu łzach, strachu, żalu urodziłam mala Zosie. Jej tata zobaczył ją pierwszy raz gdy miała 3tygodnie dopiero wtedy wrócił do polski. A jego powrót i narodziny malej jeszcze bardziej zaogniły sytuacje. Moja mama uważała że po tym wszystkim powinnam zostawić Radka, odwrócić się od tej rodziny. Ale sama wychowywałam się bez ojca i nie chciałam robić tego malej,. W efekcie mojej decyzji mama wyrzuciła mnie późnym wieczorem z trzy tyg dzieckiem na rekach... pierwszy tydzień to była tułaczka z maleństwem po rodzinie później po wynajętych mieszkaniach. Zyskałam męża i córkę a straciłam matkę... do dnia jej śmierci nie rozmawiałyśmy ze sobą, nie była na moim ślubie. Mimo wszystko bez jej pomocy dałam sobie rade. W weekendy chodziłam do szkoły, skończyłam liceum, w między czasie pracowałam. Czasem ciężko było, zorganizować opieki nad małą Gotować ,prać,sprzątać, uczyć się, pracować, opłacić rachunki, utrzymać się.Jednak jakoś udało się  pogodzić  wszystko. Teraz Zosia ma 7 lat, ja 25, na koncie wiele łez, nieprzespanych nocy,masę konfliktów, stosy pampersów, majątek wydany na mm, zabawki, ubranka itp, i wiele straconych imprez Małżeństwo nie przetrwało, rozpadło się. I choć wiem teraz że szaleństwem było decydowanie się na dziecko w tak młodym wieku to nigdy nie żałowałam tamtej szalonej decyzji. Dziś mogę powiedzieć że w dużej mierze to że jestem kim jestem ,jaki mam charakter zawdzięczam tym wszystkim kopniakom jakie dostałam od losu jako młoda matka. A widok uśmiech córki wynagradza wszystko."



Każda z tych historii jest inna,dla mnie każda na swój sposób wyjątkowa. Pokazują wielką siłę miłości do dziecka. Uczą nas że nie każda młoda mama to "puszczalska małolatka"...pokazują że rodząc dziecko w wieku nastu lat można być dobrym rodzicem mimo przeciwności losu

piątek, 28 sierpnia 2015

"i że Cię nie opuszcze aż do śmierci..."

                       Kocham Ją bardziej niż matkę,Ufam Jej bardziej niż S., Jest lepsza niż psychoterapeuta i bardziej upierdliwa niż ojciec. Jest jedną ż niewielu osób, których jestem pewna bardzie niż siebie. Tysiąc razy widziała mój strach,szczęście i łzy. Wytrzymuje moje marudzenie i głupawki...Jest chyba moim aniołem stróżem,którego zasłał mi Bóg,bo to właśnie dzięki niej przetrwałam najtrudniejsze chwile.

Sandra-Moja przyjaciółka,siostra,psycholog....nie mam takich słów by ją opisać...chyba jest taka jak kawa którą pije-mocna.słodka i stawiająca na nogi w sekundę.Jest starsza ode mnie o rok,a właściwie prawie 2. Najmłodsza mama, którą znam ale i najlepsza! Kobieta zdolna do poświęceń i dbająca o wszystkich.


Poznałyśmy się 7 lat temu gdy obie zaczynałyśmy Szkołę Zawodową, Trafiłyśmy do jednej klasy, obie byłyśmy cholernie szczupłe,głośne i pokręcone, z tą różnicą że ona była odpowiedzialna a ja miałam wszystko gdzieś. Dzięki niej skończyłam szkołę,bo bez trudu nadrabiałam lekcje, które spędzałam na wagarach.
To o nas gadała cała szkoła.Byłyśmy nie rozłączne,Czasem brali nas za siostry choć nie jesteśmy do siebie podobne. Spędzałyśmy godziny pijąc u niej kawę,gadając o wszystkim i o niczym... jej facet (swoją drogą najfajniejszy facet jakiego znam-czyt.świetny kumpel) pieszczotliwie nazywa nas "jeb**e plotkary" i robi najlepszą kawę pod słońcem.
Od niej odbieram telefon/skype o każdej porze dnia i nocy. To do niej dzwonie z każdym problemem i dziele z nią swoje szczęście. Jej piękne córki kocham prawie tak bardzo jak mojego Dennisa. Nie mogę sobie wyobrazić jej odejścia,bo jestem pewna że Ona będzie zawsze, tak jak przez ostatnie  7 lat

Kocham Ją i nie wstydzę się tej miłości ! To nie rodziców brakuje mi tu na obczyźnie, tylko JEJ. To za nią beczałam całą ciąże, bo nie było jej przy mnie. A gdy ona starała się o dziecko plułam sobie w brodę że mnie tam nie ma... I choć często mamy odmienne zdanie i kłócimy się to jest mi bliższa iż rodzina. Nie zawsze było kolorowo i kiedyś nawet nie rozmawiałyśmy kilka miesięcy...obie chorowałyśmy jakby brakło nam ważnego składnika do życia. I nagle jedno słowo- jedna wiadomość i rzuciłyśmy się sobie w ramiona (niestety tyko wirtualnie)... Przypuszczam że obie wtedy płakałyśmy. Nie wyobrażam sobie Wigilii czy sylwestra bez rozmowy z nią. Jest nieodłączną częścią mojego serca. Tylko ona została przy mnie gdy wyjechałam. Przez te długie 4 lata większość "przyjaciół" i znajomych zapomniała o mnie lub pisała tylko w poszukiwaniu pracy a Sandra była zawsze!

Mogłabym pisać o nas bez końca ale na tym skończę bo większość z naszych wspomnień jest niecenzuralna:)

"Mówią, że kiedy rodzi się człowiek - z nieba spada dusza i rozpada się na dwie części...Sens życia polega na odnalezieniu tej drugiej połowy. Połowy swojej własnej duszy."-Ja już znalazłam.



wtorek, 18 sierpnia 2015

Mam dosyć!!!

                       Chciałam napisać o tym jak cudownie jest być mamą, ile daje to szczęścia.Jak z każdym słowem małego D. rozpiera mnie duma ale dziś jest inaczej,jest źle a ja mam dosyć...


                      Tak mam dosyć własnego dziecka....takie dni zdarzają się każdej z nas...I proszę nie mówicie że jest inaczej bo nie uwierzę.Zwyczajnie nie wierze w obraz idealnej matki,zawsze uśmiechniętej i opanowanej, z idealnie grzecznymi dziećmi,perfekcyjnie czystym domem,smacznym dwudaniowym obiadem i ciepłym ciastem co niedziele.Dlaczego? bo jesteśmy tylko ludźmi,nikt nie ma supermocy i kiedy zegar wybija 6;00 a twoje zwykle uśmiechnięte dziecko budzi cie płaczem,marudzi przy śniadaniu,utrudnia wykonanie najzwyklejszych prac domowych MOŻESZ MIEĆ DOSYĆ to jest normalne. Marzysz o ciepłej kawie a tymczasem dopijasz zimną inke zrobioną rano,,gotując obiad a nogą wprawiając w Ruch dziecinny bujaczek...do oczu napływają łzy? To normalne...potrzebujesz odpoczynku a później dużej dawki kofeiny by przetrwać ten dzień.

Nie daj sobie wmówić że tylko ty nie dajesz rady. Nie wierz w słowa teściowej,która opowiada że pracując na pełen etat wychowała troje dzieci mając przy tym czysty dom i uśmiech na twarzy,Ona pewnie nie wszystko już pamięta. Nie wierz w obraz mam -celebrytek...one mają fryzjera ,kosmetyczkę i pewnie ze dwie nianie.

Wierz w siebie, dasz rade dotrwać do wieczora,nawet jeśli dziecko na obiad zje danie ze słoiczka a ty i mąż pierogi z paczki. Nawet jeśli dom nie będzie idealnie czysty a ty tego dnia będziesz chodzić w piżamie. To nic, nie musisz być perfekcyjna,nikt nie jest... Wiem z każdej strony atakują nas obrazami idealnych,zadbanych i szczęśliwych mam,z czystymi domami i czasem dla siebie ale to bzdura, którą kreują programy w tv, gazety a nawet portale społecznościowe...tylko po co???







niedziela, 9 sierpnia 2015

Masz kilka rozwiązań...

                  Przychodzi taki moment że masz dosyć,zastanawiasz się czy zakładając rodzinę właśnie z nim dokonałaś słusznego wyboru.Kolejny raz rozważasz czy aby na pewno nadal go kochasz czy może to dziecko i siła przyzwyczajenia trzyma was razem. Co zrobić? Rozwiązań jest kilka...


                Możesz tkwić w takim związku,żyjąc obok siebie zamiast razem.Wieczory spędzać czytając książki podczas gdy on ogląda filmy. Urozmaicić sobie codzienność coraz częstszymi kłótniami,po których nie rozmawiacie kilka dni. Pielęgnując przepaść, która jest między wami.


               Możesz świadomie bądź podświadomie dążyć do rozpadu waszego związku. Odświeżyć znajomość z ex chłopakiem ze szkolnych czasów,opowiadać mu że z mężem nic cię już nie łączy. Pogrążać się we własnym niezadowoleniu wciąż balansować między "byciem razem" a rozstaniem.


             Możesz wdać się w soczysty romans i wzbogacić swoje życie o dużą dawkę adrenaliny,seksu i wyrzutów sumienia licząc że mąż się nie dowie że dzieląc z nim życie w miedzy czasie dzielisz łóżko z innym facetem.


             Możesz też odświeżyć wasz związek.Zadzwonić po nianie i zaprosić męża na randkę. Zrobić wieczorowy makijaż,ubrać sukienkę i przestać gadać o dzieciach czy cieknącym kranie.Nie pytać co u niego i jak się czuje. Porozmawiać o błahostkach zalotnie się uśmiechając. Kokietować jak przez lat,by on mógł cię adorować. Możecie iść wspólnie na karuzele i krzyczeć jak rozbawione dzieciaki. trzymając się za ręce biegać po parku,nie przejmując się niczym. Spróbuj pokazać mu że nadal jest w tobie ta dziewczyna , którą pokochał te X lat temu,odszukać w nim to wszystko za po go pokochałaś.



         Ostatnie rozwiązanie jest najtrudniejsze ale tylko ono daje szanse że przy odrobinie waszego wysiłku będziecie szczęśliwi. Ty znów będziesz pewna swych uczuć a będzie tym samym facetem,którym był jak się poznaliście.
Wybór należy do Ciebie,tylko pamiętaj że jeśli zdecydujesz się na nowy związek jest duże prawdopodobieństwo że sytuacja powtórzy się za kilka lat.
Miłość jest jak delikatny kwiat,trzeba ją nieustannie pielęgnować.Zostawiona sama sobie,jest bezbronna i usycha

środa, 29 lipca 2015

"Nie zostane matką/ojcem w 2015"

                             Powstają grupy i wydarzenia na portalach społecznościowych dla ludzi,którzy nie chcą mieć dzieci. Nie tylko nie w tym roku, najczęściej nie planują powiększania rodziny nigdy. Otwarcie mówią o tym że nie lubią dzieci,nazywają je "śmierdzącymi bachorami" a każdą matkę uważają za kobietę nic nie wartą,grubą,zaniedbaną i z niskim ilorazem inteligencji.

 Większość  rodziców jest oburzonych.Kobiety,które już zostały matkami czują się dotknięte i nie szanowane. Więc co robią? Ślepo dodają do takich grup/wydarzeń kolejne posty o tym że można nie lubić matek i dzieci ale trzeba szanować  drugiego człowiek. Niby prawidłowo co? Było by gdyby nie to za 90% "mamusiek" przypomina o szacunku przy okazji obrażając administratorów i członków grupy od niedorozwojów,dzieci wychowanych w patologi bez miłości itp.A ja pytam jak można mówić o szacunku i jednocześnie obrażać drugą osobę?Przy tym używając tak niecenzuralnych słów że wstyd je przytaczać!


Drugą rzeczą jest to że nie do końca dziwie się że takie wydarzenia powstają skoro wszędzie kładzie się taki nacisk na rodzenie dzieci. Ostatnio nie wystarcza że rodzice,rodzina i znajomi młodych małżeństw wciąż katują pary pytaniami "Kiedy dziecko?" ,"To co jesteś już w ciąży?"To jeszcze niedawno telewizja bombardowała nas "piękną" kampanią "Nie zdążyłam zostać mamą."
Mnie osobiście też wkurzają pytania o rodzeństwo dla Dennisa.....no bo ile można słuchać w kółko tego samego?
Źródło:www.polishexpress.co.uk

No i kolejna sprawa.Matki same wyrobiły sobie opinie bezmózgich,mlecznych krów i piersiowych fanatyczek, Wiem że nie wrzuca się wszystkich do jednego worka ale to tak jak z opinią o Narodach.Wszystkie Niemki są brzydsze od krów a  Polacy chleją i kradną.Wiadomo,że tak nie jest ale powinniśmy już się przyzwyczaić że ludzie zwracają uwagę tylko na nasze błędy...a matki często same się wystawiają.Choćby pisząc post na taką grupę-czytasz i oczy bolą "ktury","muzg","ludzią". Kurcze wiem,każdy robi błędy....ja na przykład mam cholerny problem z ortografią i robię błąd w co drugim wyrazie ale przed dodaniem postu tu na bloga,fan page, grupę dla rodziców czy gdzie indziej staram się kontrolować czy słowa są poprawnie napisane. Co gorsza mamy potrafią pisać z błędem nawet imiona własnych dzieci.

Szal do karmienia Seraphine Madison
 
Pewnie że istnieją rodzicielki zadbane,ładne,inteligentne i przestrzegające powszechnie przyjętych norm społecznych. One nie biegają po centrum handlowym z cyckiem na wierzchu ,bo ona karmi i ch*j.Zwyczajnie siadają na ławce,okrywają się pieluchą/chustą/bluzką i karmią. Przewijają dzieci w pokojach przeznaczonych do tego lub tak by nikomu nie przeszkadzał widok i zapach brudnej pieluchy. Zachowują się po prostu normalnie...przez co trudniej je zauważyć a co dopiero zapamiętać.Za to matkę przewijającą dziecko na środku restauracji ciężko przeoczyć.

wtorek, 28 lipca 2015

To naprawde działa!

                          Ostatniej niedzieli wybraliśmy się rodzinnie na zakupy, po kolejne pojemniki na zabawki...tak,tak wciąż ich mało u Dennisa w pokoju. Po zakupach zjedliśmy hod-dogi,lody i wracaliśmy do samochodu gdy nas synek zauważył wielki sklep z zabawkami...nie chciałam tam iść...nie wchodzę między zabawki jeśli nie mam zamiaru nic kupować.Boje się że mały będzie koniecznie chciał kolejny pociąg a mam niewielki problem z odmawianiem(robię to z ogromnym bólem) Nie wspominając o tym że tego dnia dostał pokaźną ilość zabawek.


S. zrobił coś czego nigdy nie robimy,zgodził się wejść do sklepu i POOGLĄDAĆ Zabawki.
Wziął Bubu na bok i kilka razy wytłumaczył że dostał zabawki rano i teraz będziemy tylko oglądać.
Widziałam to wiele razy w moim ulubionym programie Doroty Zawackiej - Superniania(klik) Przyznaję wydawało mi się to bzdurą....myślałam że  to nie możliwe że jedna rozmowa z trzylatkiem tak bardzo zmienić jego zachowanie.
PANI DOROTO ZWRACAM HONOR-TO DZIAŁA!!!
 Nie obyło się bez prośby i kilku łez ale nie było tak źle! Przy każdej próbie przekonania nas do zakupu kolejnego pociągu,przypominaliśmy naszemu łobuzowi że dziś tylko oglądamy. Minę miał nietęgą ale jednak szedł oglądać dalej...prawda spędziliśmy sklepie prawie godzinę oglądając kolejne zabawki,klocki i gry.Wróciliśmy do auta bez zabawki i w dobrych humorach...przy okazji...mamy kilka potencjalnych prezentów na najbliższe święta :)

Całą drogę do domu zastanawiałam się dlaczego tak bałam się spróbować wcześniej tej metody. Chyba sama nie wierzyłam że moje dziecko zadowoli się samym oglądaniem zabawek...Mam nauczkę na przyszłość i teraz wiem że rozmowa z dzieckiem daje najwięcej...nawet jak wydaje nam się że dziecko jest zbyt małe by wszystko dobrze zrozumieć!







 

czwartek, 23 lipca 2015

Słodka chwila...w chwilę :)

           Ile razy niespodziewanie naszła Cię ochota na domowe łakocie...na pyszne ciasto,placek lub babeczki? Masz dosyć sklepowych ciastek i batoników? Nie pieczesz ciast,bo brakuje Ci czasu...lub masz do tego antytalent? TE TRZY PRZEPISY SĄ DLA CIEBIE!
PUSZYSTE MUFINKI
Składniki:
2 szklanki mąki(pszennej)
3/4 szklanki cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2/3 szklanki oleju(np.słonecznikowego)
1 szklanka mleka
2 jajka
Przygotowanie:
Łączymy wszystkie składniki w misce,następnie mieszamy je do uzyskania gładkiej masy(ja robie to przy pomocy miksera)
przekładamy ciasto do foremek na mufinki.
pieczemy przez 20-25 minut w 190°C
CIASTO Z OWOCAMI
Składniki:
2 i 1/2 szklanki mąki
1 szklanka cukru
4 jajka
1/2 szklanki oleju
2 łyżeczki proszku do pieczenia
dowolne owoce(mogą być też suszone owoce lub bakalie)
Przygotowanie:
Do miski wsypujemy mąkę,cukier i proszek do pieczenia,następnie dodajemy jajka i olej. Wszystko mieszamy mikserem do uzyskania gładkiej masy. Wylewamy ciasto To tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowsnej tłuszczem(maslo/margaryna)
pieczemy w 190°C przez 50-60min.
EKSPRESOWE CIASTECZKA
Składniki:
2 szklanki maki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 jajka
1/2 szklanki cukru
2lyzki smietany
3lyzki oleju
małe opakowanie cukru waniliowego
1/2 filizanki orzechów włoskich lub Laskowych(muszą być pokruszone)
Przygotowanie:
wszystkie składniki wrzucić do miski i wymieszać mikserem.
płaską blachę wyłożyć papierem do pieczenia, następnie łyżką nakładać ciasto na blachę formując okrągłe ciasteczka. Między ciasteczkami musza byc odstępy ok. 2 cm
blachę wstawić do rozgrzanego do 160°C piekarnika,piec przez 10-15 minut(do zarumienienia)


UWAGA! Jeśli natraficie na podobne przepisy gdzieś w czeluściach internetu....nie posadzajcie mnie o plagiat....te leżą w przepisniku mojej rodziny od lat.
Życzę smacznego!

niedziela, 19 lipca 2015

Zbyt poukładane życie? Tak to możliwe!

                   Kilka dni temu usłyszałam od koleżanki że mam zbyt poukładane życie.Dlaczego? ponieważ mam 22lata(rocznikowo 23) jednego faceta od prawie 7 lat, nie takie małe dziecko i wszystkie moje dni wyglądają podobnie.
Dowiedziałam się że życie ucieka mi przez palce,bo przecież nie chodzę na imprezy,nie studiuje,nie gonie za karierą...ba nawet nie mam na nią szans.Gdy wspomniałam o tym że Dennis nie jest dzieckiem z wpadki...że wiedzieliśmy co robimy moja koleżanka stwierdziła że przegrałam życie na własne życzenie...nie była pierwsza...wiele razy już to słyszałam,od rodziny znajomych a nawet lekarza

Nie wiem dlaczego ludzie wiążą założenie rodziny,szczególnie to wczesne...z zakończeniem dotychczasowego życia. Przecież tak naprawdę zmienia się nasze podejście do pewnych spraw...nikt na siłę nie zmusza nas do wyrzeczenie się przyjaźni czy realizacji marzeń. A kariera? Mogłabym wymienić sporo kobiet,które mimo macierzyństwa(albo dzięki niemu) spełniają się w pracy,studiują,rozwijają talenty. To właśnie dzieci popychają nas do ciągłego ulepszania siebie i podążania za marzeniami.Chcemy im pokazać że można osiągnąć wszystko czego się chce.

Nie czuje że coś tracę od kiedy mam rodzinę. Wręcz przeciwnie,narzeczony mnie wciąż motywuje,wspiera moje pasje,pomaga odnaleźć siebie. Syn to kolejna motywacja by wiedzieć więcej i  być najlepszą wersją siebie,chce pokazać mu jak ważne by realizować pasje i nie utkwić w rutynie.
Co z tego że każdy mój dzień wygląda podobnie? Co z tego że na ten moment jestem "Kurą domową" i większość mojego czasu poświęcam na sprzątanie,pranie i gotowanie...jest ktoś kto to docenia.
Chwile dla siebie czy na pisanie zawsze znajdę...

Co to znaczy przegrać życie? Jestem szczęśliwa,mimo że nie mam milionów,nie jestem sławna a studia skończyłam tylko w swojej wyobraźni. Mam coś o czym niektórzy mogą tylko marzyć...... MAM RODZINĘ

 

poniedziałek, 13 lipca 2015

Dzień z życia złej matki:)

Przed przeczytaniem tego postu schowaj hejty do kieszeni i włącz swoje poczucie humoru!!!!!

 

1.Wstaje dopiero gdy budzi się dziecko. Nie ustawia budzika na 7:00 żeby usmażyć placuszki bananowe i powycinać chleb na kształt misia czy samolotu.Dlaczego? Zwyczajnie woli się wyspać! 

2.Przygotowuje śniadanie. Dla młodszego mleko w butelce(koniecznie modyfikowane lub krowie),dla starszego czekoladowe płatki z mlekiem podgrzane w mikrofali

3.Pije ciepłą kawę,sprawdzając e-mail i portale społecznościowe...te najgorsze piszą post na bloga lub fan page...Co robią w tym czasie dzieci? Korzystają z technologi!!!tablet,tv czasem telefon...zależy co pod ręką było.

 4.Zabiera dzieci na spacer...albo po prostu idzie na zakupy pieszo...uznając to za spacer ;)

5.Gotuje obiad.Dla starszaka to samo co jedzą dorośli-nawet jeśli to gotowe pierogi i paczki ,maluchowi otwiera słoiczek...to co pomidorowa czy delikatny kurczak z warzywami?

6.Kładzie dzieci na dzemke...młodsze zasypia samotnie w łóżeczku,tuląc pieluchę(co gorsze pozwalają na smoczka) Starszy zasypia na kanapie...czasem też na dywanie między klockami.

7.Dzieci śpią,mama siada do laptopa,telefonu, przed tv...pije kolejną Kawę...te NAJGORSZE odpowiadają na hejty na blogu  :D Oczywiście powinna w tym czasie posprzątać ale po co? Dzieci zaraz wstaną i  znów nabrudzą.

8.Wstają dzieci,czas na wspólną Zabawę! Rodzicielka siada z słodkimi maluchami na podłodze pełnej zabawek...obrazek niczym z magazynu dla rodziców...po 30 wierzy z klocków włącza tv i bawi się z dziećmi dalej...jednym uchem słuchając serialu.

9.Kompie dzieci,koniecznie razem-tak jest szybciej! Układa do snu i czyta najkrótszą bajkę i wychodzi,modląc się by dzieci szybko zasnęły.

10.Dzieci śpią...matka sprząta...zbiera zabawki,odstawia kubki do zlewu,ściera oklejony stół i...pada na twarz. Czasem poczyta książkę,czasem obejrzy film...ale generalnie ma dosyć i kolejny raz wypowiada w myślach zdanie "Naprawdę chciałam dwoje dzieci?' 

A ty ile raz w tygodniu jesteś "Złą matką"?


 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Nie zapomni pozostać sobą!

                   Jestem mamą,to najważniejsza rola w moim życiu,zawsze to podkreślam. Macierzyństwo to jedno z moich spełnionych marzeń i coś co daje mi ogromną satysfakcje ale bycie mamą to nie wszystko.

Jestem też kobietą,poetką(amatorką), wielką fanką książek fantastycznych. Kocham taniec i zabawę grafiką na komputerze ale zapomniałam o tym na prawie 2 lata. Zapomniałam kim naprawdę jestem.Przestałam czytać,pisać,tańczyć...porzuciłam swoją kobiecość i byłam tylko matką.
Ktoś powie że tak już jest,że maluch pochłania mnóstwo czasu i energii.To nie prawda,to trochę taka wymówka by bezkarnie biegać w kucyku i bez makijażu.
To był czas gdy prawie nic nie sprawiało mi przyjemności,praca,dom a nawet opieka nad synkiem męczyła mnie coraz bardziej...sex istniał tylko w marzeniach(nie moich rzecz jasna ;) ) Czułam .się wtedy pusta,głupia i nudna...i może nawet taka byłam? Poziom mojej inteligenci spadał od nadmiaru durnych seriali i bezsłownych bajek dla bobasów.
Matka Polka - idealna, sfrustrowana, wściekła  /  fot. Justin Paget  /  źródło: Corbis

Przyszedł taki moment że otrząsnęłam się z transu macierzyństwa. Dlaczego? Otóż poszłam na babskie spotkanie...większość kobiet tam nie miała dzieci,lub miała je w wieku szkolnym.Było głośno i zabawnie, dziewczyny śmiały się i rozmawiały a ja siedziałam z boku sztucznie się uśmiechając,bo nie miałam nic do powiedzenia. Zasób moich tematów ograniczał się do kupek,zupek i pampersów. Wtedy coś we mnie pękło "Co się ze mną stało? Kiedyś byłam towarzyska i oczytana."-pomyślałam.W domu przepłakałam pół wieczoru i postanowiłam "wrócić do siebie" Wstałam rano poszperałam po internecie i zamówiłam 11 tomów mojej ulubionej sagi, podcięłam włosy u fryzjera,zrobiłam makijaż i ubrałam rurki. Jedną noc zarwałam na czytaniu,kolejną na innych przyjemnych :) i...nagle poczułam że wróciłam...Ja ta prawdziwa,uśmiechnięta,szczera i przebojowa...co ważniejsze poprawiło to nastrój nie tylko mi... Niedługo potem S. zaczął znów zabójczo się uśmiechać i prawić mi komplementy...inicjował wspólne kolacje i filmy...częściej wychodziliśmy na spacery i jeździliśmy na wycieczki. Znów byliśmy,piękni,młodzi i pełni życia jak na początku naszego związku..tyle że we troje.
Źródło:internet
Jaki z tego morał? Nie zapominajmy oo sobie! W tym szalonym wyścigu o bycie idealną mamą i gospodynią,pamiętajmy że jesteśmy też kobietami! Mamy swoje pasje,marzenia,potrzeby...warto o to dbać...Dla partnera by miał taką kobietę, którą pokochał,dla dziecka żeby nie stać się wiecznie niezadowoloną i pokrzykującą mamą a przede wszystkim dla siebie.

czwartek, 2 lipca 2015

Pewnie mijasz ją codziennie...

                 Pewnie mijasz ją codziennie....
Może wygląda jak gwiazda filmowa,zawsze nienaganny strój,fryzura,wysokie szpilki i duże ciemne okulary ,które idealnie skrywają siniaki na twarzy. Nosi głowę wysoko,udając wielką panią,bo tylko to jej zostało. A kim jest naprawdę? Laleczką, śliczną i głupią,taką na pokaz- to jego słowa. Wczoraj tak powiedział,a właściwie wykrzyczał tuż zanim uderzył pięścią w stół a później w jej policzek. Powinna go zostawić i wie o tym ale zabrnęła już za daleko.
        Wyjechała do stolicy,na studia, poznała go na stażu...
Pan prezes,nieco starszy,lekko po 30stce. Ona 20 latka z biednej rodziny...Imponował jej,był czarujący,szarmancki i...bogaty. Studia rzuciła,by pomóc mu w firmie a on wysłał pieniądze jej rodzicom, na naprawę dachu, później na ocieplenie domu...Wpadła w ten układ po uszy...Rodzice na starość żyją spokojnie a ona dzień po dniu przezywa koszmar...grając szykowną żonę prezesa.
Źródło:Internet
                  Może to ta uboga kobieta,która drobnymi płaci w piekarni za wczorajszy chleb. Ta sam,która przed świętami w mrozie odśnieżała plac przed kościołem,by dzieci miały na święta choć tabliczkę czekolady.
Ona już nie chowa sińców, i tak wszyscy wiedzą że mąż ją bije. Tak wiele razy słyszała że powinna odejść. No tak dla ludzi wszystko jest łatwe, samotne wychowanie czwórki dzieci i rzucenie w niepamięć 15 lat małżeństwa. Wszystkim się wydaje że z dnia na dzień można przestać się bać. Mało to razy mówił że znajdzie ich  wszędzie...Zabije we śnie ją i dzieci...po za tym zawsze przeprasza...zaraz po tym jak się wyśpi i wytrzeźwieje i nawet nie jest źle... do następnego razu.Jest względny spokój...o ile ciepły obiad jest na stole a dzieciaki nie hałasują.

Niebieska linia
To wszystko dzieje się wokół ciebie...trzeba otworzyć oczy,spróbować pomóc...wiem,pewnie odmówi....Ta pierwsza pewnie uniesie się dumą i powie że przewróciła się i dlatego ma siniaka...może nawet każe ci spierdalać. Druga pewnie zacznie płakać, powie że musi wytrzymać ,że to dla dzieci,że za bardzo się boi i nie da rady ale reaguj! nie siedź obojętnie przed telewizorem...gdy kolejny raz słyszysz, płacz kobiety za ścianą, jej krzyk a potem cisze...tak nieznośną że wierci dziurę w głowie

środa, 1 lipca 2015

Zlinczuj chudzielca

                  Wciąż pojawiają się nowa akcje i grupy wspierające "puszyste" kobiety, tyle się mówi o tolerancji i nie ocenianiu po rozmiarze.Dlaczego działa to w jedną stronę? Dlaczego gdy ktoś ma śmiałość powiedzieć osobie otyłej że powinna ćwiczyć pojawia się oburzenie? Dlaczego tak wiele krzyku jest o szczupłe barbie ,czy modelki bielizny a w ostatnim czasie chyba bardziej dyskryminuje się szczupłe kobiety?

Jeśli w szkole nazwą dziewczynkę grubą  czy pulpetem, wzywani są rodzice a przezywające dzieci zostają ukarane. Nie mam nic przeciwko temu ale nie rozumiem tego że "chronione" są tylko dzieci z nadwagą.
Wiele razy w szkole słyszałam przezwiska typu wykałaczka , tyczka, przeszczep,bo byłam okropnie chuda i wiecie co? Nauczyciele i większość rodziców uważała że nie ma w tym nic złego i że to nie jest obraźliwe a mi było cholernie przykro.
       Teraz gdy jestem dorosła jest podobne....osobie otyłej nie wolno wypomnieć wagi czy zasugerować diety ,bo każdy kto to usłyszy "wsiada" od razu na ciebie i wyzywa od nietolerancyjnych , mówiąc że wygląd to nie wszystko. Druga strona medalu jest taka że gdy pojawia się wypowiedź "Ale ty jesteś chuda czy ty w ogóle coś jesz?" nie reaguje nikt, ba większość osób jeszcze  przytakuje. Ciągłe pytania o anoreksje czy bulimie też nie są przyjemne ale co z tego? Przecież mówienie że ktoś jest chudy/suchy/anorektyk czy patyczak to nie obraza....jasne.... to takie przyjemne....
Więc dalej klepcie po plecach zapuszczone kobiety z rozmiarem 18+...a te noszące rozmiar 6 czy 8 linczujcie,bo przecież normalna kobieta tak nie wygląda....ba nawet przecież kobietą nie jest ,bo "prawdziwe kobiety mają krągłości"

czwartek, 25 czerwca 2015

Zaczekaj, nauczy się

                   W życiu każdej mamy przychodzi taki moment gdy zastanawia się czy dziecko dobrze się rozwija. Myśli  czy maluch powinien już chodzić, mówić albo jeść samodzielnie. Rodzice szukają odpowiedzi wśród, rodziny, znajomych a czasem w internecie. Nie widzę w tym nic złego, bo jak ktoś mądry powiedział "Kto pyta nie błądzi" ale zazwyczaj pada takie zdanie "Zaczekaj, nauczy się" jako odpowiedź na rodzicielskie wątpliwości.

Pomysł czekania jest nie najlepszym rozwiązaniem. Nie mówię tu żeby dziecko,  które nie chodzi stawiać na nogi na siłę ale jeśli przyjmuje się, że dziecko powinno zacząć chodzić do 18 miesiąca życia, a twoje ma 17 i nie podejmuje prób samodzielnego stawiania kroków to NIE WAHAJ SIĘ I IDŹ DO LEKARZA.
Twój dwulatek mówi 5-10 słów zamiast oczekiwanych 50? Trzylatek nadal nie składa zdań? ZAPISZ DZIECKO DO LOGOPEDY. Nie słuchaj tłumaczeń, że zacznie mówić jak pójdzie do przedszkola albo, kuzyn ciotki Zosi zaczął mówić w wieku 5 lat i jest ok. Nie jest! Na zaburzenia mowy ma wpływ wiele czynników(nawet popularne przerośnięte migdałki)
Żródło:Internet
Nie chodzi o to  by dziecko rozwijało się książkowo ale po to są normy rozwoju, żeby rodzic wiedział kiedy udać się do specjalisty. Co szkodzi zabrać dziecko do Ortopedy, neurologa czy logopedy? Jeśli okaże się, że trzeba poczekać to pewnie skończy się na jednej wizycie, za to jak będzie coś nie tak,można zacząć leczenie/terapie odpowiednio wcześnie a to bardzo ważne.

Powiedzmy, że twoje dziecko nie mówi a ma skończone dwa lata(na przykładach mowy najłatwiej mi zobrazować) możesz czekać aż samo zacznie mówić... Albo i nie zacznie, bo to taki trochę "ryzyk -fizyk". Możesz też iść do pediatry lub/i logopedy i sprawdzić czy zaburzenia mowy mają podłoże medyczne. Jeśli okaże się, że nie to wracasz do domu i nie zmienia się nic, ale jak okaże się, że potrzebna jest terapia to zaczynając ją w wieku 2 lat jest szansa na to by maluch dogonił rówieśników zanim pójdzie do przedszkola.

Lekarze nie gryzą i naprawę nie warto czekać w nie skończoność aż dziecko zacznie chodzić, mówić, siadać czy korzystać z toalety, czasem potrzebna jest pomoc.
Źródło:Internet

Jeśli chcesz dowiedzieć się  czym zajmuje się logopeda,  kiedy warto zabrać tam dziecko lub czy potrzebne jest skierowanie zapraszam do odwiedzenia linku poniżej 

środa, 24 czerwca 2015

Pierś kontra butelka...

        Słoiczki vs gotowanie...

Szczepić czy nie szczepić...

Poród naturalny kontra cesarskie cięcie...

Kupki,zupki,chrzest,zabobony,witaminy, chodziki...


    To wszystko to tylko niewielka ilość tematów sporu matek. Jedna,wychwala chodzik...druga już krzyczy że krzywdę dziecku robi...dziecko jej zabrać trzeba. Jedna nie szczepi,inna karmi piersią do 5 roku życia,różnice zdań w każdej dziedzinie życia to norma. Ja rozumiem,jest wolność słowa,można mówić co się chce ale po co od razu obrzucać się błotem? Nie rozumiem dlaczego matki na siłę chcą przekonać inne że tylko jedno podejście jest słuszne. Po co wmawiają innym kobietom że jeśli, karmią,butelką, miały cesarkę, czy nie śpią z dzieckiem to nie nadają się na matki?
Źródło:internet

Nie rozumiem tych wszystkich nielogicznych stwierdzeń... wywyższania się. Przecież życie i wychowanie dziecka to nie konkurs na matkę roku...nikt nie da medalu za to ile osób czuje się gorszych od nas.
Czasem mam wrażenie że te "krzyczące" kobiety mają bardzo niską samoocenę lub nieszczęśliwe życie a w tłamszeniu innych mam znalazły sposób na poprawę nastroju. Jedna drugiej wytyka wszystko...począwszy od tego w jakim wieku urodziła , przez sposób i wychowania aż kończą się argumenty i prześcigają się, która ma mądrzejsze dziecko czy lepszego męża.

Większość z tych pań,pokrzyczy w internecie,na placu zabaw czy pochwali się koleżance i zwyczajnie zapomni ale są też bardziej wrażliwe mamy,często młode stażem,które zwyczajnie będą się przejmować.
W efekcie przestaną słuchać instynktu macierzyńskiego,zaczną czytać miliony książek, wertować internet szukając odpowiedzi na najprostsze pytania....z natłoku sprzecznych informacji,gubiąc się coraz bardziej w pięknie macierzyństwa.
I po co to wszystko?