niedziela, 29 listopada 2015

Przyjaciółka,męczennica,Ideał czy ropucha?

                       Kto z nas nie zna dowcipów i głupawych piosenek o teściowej...A jak jest naprawdę? Ile ludzi tyle opinii ja sklasyfikowałam matki naszych mężów/partnerów do 4 rodzai

1.Przyjaciółka/druga mama
Taka fajna kobietka, z którą czasem się pokłócisz ale właściwie to jest spoko babka, bo się nie wtrąca choć potrafi mieć swoje zdanie. Wnuki ubóstwia, w niedziele na obiad zaprosi, dziećmi się zajmie jak do kina we dwoje chcecie wyjść. Ta lepsza to i twoją stronę będzie trzymać w razie kłutni z lubym :)

2.święta babcia męczennica
Pomaga wciąż niewdzięcznej synowej, przy tych niegrzecznych wnukach. Wszystko chce robić sama, ale narzeka przy tym niemiłosiernie. Obowiązkowo wynajduje u siebie wszystkie poważne choroby, jakby wyczytała je z encyklopedii. Na święta przyjechać nie chcę, zaprasza was do siebie, pomocy odmawia a później całą kolacje wigilijną skarży się że wszystko musiała robić sama. Wciąż powtarza że całe życie dzieciom i wnukom poświęca i nic w zamian. Jeśli zadzwonisz po opiekunkę zamiast podrzucić jej dzieci na pewno wypomni ci ze nie masz do niej zaufania,. Powiesz że ma odpocząć obrazi się bo uważasz ja za stara.

3.Idealna
Wprost mówi ci co robisz źle. Ale co? Wszystko! Ubierasz się nie tak, dziecko wychowujesz źle, gotujesz źle, kiepsko sprzątasz, masz nieładną fryzurę i nie najlepszy gust. Z chęcią wypomni ci to że nie pracujesz(lub pracujesz za dużo) zagląda Ci w portfel a wpadając w odwiedziny przy okazji robi "test białej rękawiczki". Matka idealnych dzieci/dziecka Jej córki takie piękne i zaradne a syn ideał. Przy każdej okazji opowiada jak to sobie świetnie radziła z dziećmi, pracą i utrzymaniem domu w idealnym porządku przez 24/7. Wciąż cię krytykuje, w gorszych przypadkach też twoje dzieci i poddaje wątpliwości ojcostwo swojego syna

4.Ropucha
Jest zabójczo miła, złego słowa na ciebie w życiu nie powie, broni cię zawsze... ale zdarza ci się usłyszeć lub dowiedzieć że za placami gada jaka to okrutna synowa jej się przytrafiła. W dobrej wierze daje mnóstwo "cennych rad" ,z których koniecznie musisz skorzystać. Chętnie pomoże ci ugotować, lub zaprosi synusia na obiad bo ty go głodzisz lub kiepsko gotujesz(oczywiście wprost tego nie powie)Przy ewentualnej kłutni twojej i męża...po cichu przypomni twojemu lubemu ze Ona zawsze mówiła że ty na żonę i matkę to się nie nadajesz.

Dobra teściowa to nie legenda a zła to nie tylko stereotyp...bez względu na to jaka jest pamiętaj...Najlepsza jest teściowa na 102, 100metrów od domu,2 pod ziemią :P

piątek, 20 listopada 2015

Tak trudno zrozumieć...

                           Wyjechałam z kraju mając niecałe 19 lat, spakowałam ubrania w karton, wysłałam paczkę i wsiadłam razem z S. do samochodu jego siostry by zacząć nowe życie. Życie na emigracji. Nie zastanawialiśmy się jak będzie, czy wrócimy do Polski... chcieliśmy po prostu żyć.  Początki były ciężkie, zostawiłam w Polsce, rodziców, rodzeństwo, ukochaną babcie i najlepszą przyjaciółkę, o której pisałam tutaj



                         Wszystko poszło bardzo szybko, po dwóch tygodniach zaczęłam prace, S. kilka dni
później.  Po kolejnych 2 dowiedzieliśmy się że jestem w ciąży. To był szok, mimo że oboje chcieliśmy dziecka. Po 4 miesiącach wynajęliśmy własne mieszkanie. Tęskniłam za Polską, za rodziną, przyjaciółmi, za znajomymi miejscami... zapachem babcinego obiadu, ale mimo wszystko pokochałam ten kraj. Pokochałam pasące się barany, plaże pełne kamieni i klifów... Spodobały mi się carbooty  pełne używanych i nowych rzeczy za grosze, uśmiechy ludzi i "Good morning"
powiedziane nieznajomemu. Naiwnie myślałam że nikt nie zrozumie mojego zachwytu tym krajem, a właściwie "lepszym" życiem w nim niż rodacy, którzy wyjechali tu jak ja. Niestety... nic bardziej mylnego. Im częściej rozmawiałam z Polakami mieszkającymi w UK tym więcej "nowinek" dowiadywałam o tym kraju...
Lekarze tacy źli, pogoda do dupy, praca straszna, Anglicy rasiści, Halloween okultystyczne, celebrowanie Bożego Narodzenia zbyt wcześnie... Usłyszałam że jak rodzić to tylko w Polsce, że SS za nic Polakom dzieci zabiera i jeszcze wiele innych. Nikt nie mówił o tym, że praca za najniższą krajową pozwala żyć na godnym poziomie, że państwo pomaga i nie trzeba wracać od razu po macierzyńskim do pracy. Ludzie nie wspominali o tym że za leki dla dzieci płacić nie trzeba...że przedszkola są małe, kameralne i przytulne. O wesołych i pomocnych Anglikach. Zwyczajnie ludzie jakby zapomnieli o ile łatwiej się tu żyje... Nie trzeba liczyć każdego grosza i bać się że zabraknie pieniędzy w połowie miesiąca. I sama się sobie dziwie że nigdy nie zadałam im pytania "Dlaczego nie wrócisz skoro  tu jest tak źle?" Teraz sama znam odpowiedź...  Polacy mieszkający w Anglii zapomnieli jak żyje się w Polsce, zapomnieli że zarobią 1800zł a 800zł zapłacą za wynajem mieszkania a reszta musi starczyć na prąd, gaz, wodę, jedzenie i ubrania. Zapomnieli jak to jest kolejny raz odmówić dziecku lizaka za 30gr bojąc się że nie starczy na chleb. Zapomnieli jak ponurzy są tam ludzie i o lekarzach faszerujących dzieci antybiotykiem na byle kaszel. Pamiętają tylko wakacyjne słońce, dobrą kuchnie i rodzinne święta. "Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma"  
A ja mam nadzieje że przypomną sobie że więcej czasu spędzali w pracy niż w domu,że do emerytury trzeba dorobić, bo nawet na leki nie starczy i docenią wreszcie możliwości jakie dała in emigracja.

Choć całym sercem rozumiem tęsknotę za ojczyzną, za krajem dzieciństwa, za upalnym latem, rodziną, przyjaciółmi i swojskim jedzeniem to nie mogę zrozumieć dlaczego zapomnieli, że na to wszystko nie mieli czasu, pieniędzy i nastroju... a najgorsze jest to że dopóki nie docenią i pokochają życia tu to nigdy szczęśliwi nie będą...


 

czwartek, 19 listopada 2015

Dlaczego on nie chce jeść?

                                  Dziś moje cudne dziecko nie zjadło śniadania, nie zjadło też obiadu. Posilił się jogurtem i wypitym mlekiem. Wczoraj było podobnie,przedwczoraj identycznie...tydzień temu też. Na palcach mogę wyliczyć dania,które zjada mój syn. Zjedzenie pełnego obiadu to abstrakcja bo mięsa nie ruszy,surówki podobnie...ziemniaki zje,najchętniej takie suche bez sosu,ryż odpada,kasza jest "blee". Makaron?Super ale suchy lub z masłem i serem żółtym. Na śniadanie tylko płatki...całe szczęście te kukurydziane bez żadnych dodatków.chleb,parówki,owsianka,kasza manna a nawet słodki budyń odpadają. Na kolacje wypija herbatę,ewentualnie zje płatki.
                                 Jak się domyślacie mój syn to taki"Tadek-niejadek" ale nie było tak zawsze...Jeszcze rok temu jadł wszystko i to w ogromnych ilościach,w drodze ze sklepu potrafił pochłonąć bułkę i 2-3 kabanosy,Pierwsze co mówił po obudzeniu to "mama am".Co się stało? Nie mam pojęcia...z dnia na dzień jadł coraz mniej...aż doszło do czego doszło...i nie zjada prawie nic.To straszne uwierzcie...Nie biegam za nim z jedzeniem,nie zmuszam.Zachęcam,gotuje razem z Dennisem,(a właściwie on ze mną),Przez pewien czas pozwalałam mu wybierać produkty w sklepie,na które ma ochotę. Wycinałam łódki,pieski i domki z kanapek,staram się by jedzenie było kolorowe i estetyczne...i co? NIC,wielkie nic...nadal je mało,mam wrażenie że coraz mniej. To smutne,wiem że nie jest głodny ale nie wiem dlaczego i jak mu pomóc. Mały jest zdrowym pogodnym dzieckiem,rozwija się prawidłowo.Wyniki badań są w porządku,więc dlaczego tak mało je?Przecież to nie jest zdrowe...
                           Kiedyś myślałam że mnie to nie dotyczy,że niejedzące dziecko to wina rodziców i złych nawyków żywieniowych. Wydawało mi się że jeśli dziecko nie je to znaczy że wcześniej "zapchało się" ogromną ilością słodyczy lub słonych przekąsek.Teraz wiem że tak nie jest...że dziecko może być niejadkiem bez konkretnego powodu. Jestem bogatsza  tą wiedzę i biedniejsza o tysiące minut spędzonych na myśleniu i zamartwianiu się dlaczego mój małych nie chce jeść...
No właśnie,Dlaczego?

poniedziałek, 16 listopada 2015

Nie chce taka być...

                                    Jeszcze całkiem niedawno,gdy Dennis był słodkim berbeciem, ja sumiennie dążyłam by być doskonałą. Wydawało mi się że ten wyidealizowany obraz matki,żony,kucharki,sprzątaczki i kochanki w jednym jest prawdziwy i dobry.
Wydawało mi się że przy jednym dziecku bezproblemowo powinnam godzić obowiązki domowe i wychowanie syna. Rzecz jasna udawało się to nie najlepiej,w efekcie byłam zła,sfrustrowana a ostatnie na co miałam ochotę to zabawa z dzieckiem. W nocy zamiast cieszyć się czasem z ukochanym wypłakiwałam oczy w poduszkę,myśląc że kiepska ze mnie matka i kobieta. Dennis rósł a mnie dobijały pytania..."Dlaczego on taki głośny,powinien już być grzeczny"  "Jak to nie miałaś czasu posprzątać,bo mały płakał?"   "Założyła byś coś normalnego i zrobiła makijaż"  no i słynne:"Czym ty jesteś zmęczona".

                                 Całe szczęście nie słyszałam tego od mojego partnera. On wspierał mnie zawsze i nie raz zadowalał się kebabem czy pierogami z paczki zamiast domowego obiadu. To chyba on uświadomił mi że wcale nie chce być "idealną matką"... bo nie chce...Nie tylko dlatego że to niewykonalne ale tez ze względu na syna. Nie chce by Dennis chodził "Jak w zegarku"...nie chce żeby pamiętał swoje dzieciństwo jak lata u boku sfrustrowanej wariatki,która sprząta,gotuje,upomina i nigdy się nie uśmiecha. Chce "przymknąć oko" na 5 minut gdy on skacze po łóżku wiedząc że nie wolno. Chce nie zauważyć zabranego ze stołu ciastka tuż przed obiadem. Chce biegać w leginsach po parku,bawiąc się z nim w berka. Robić ludziki z kasztanów i babki z piasku.


Dzieci widza naszą frustrację, ona odbija się na nich ale nie tylko. Widać ją w codzienności,czujesz ją ty,twoje dziecko i partner. 
Dążenie do ideału dobiera ci chęć do życia? Odpuść! Nikt nie jest doskonały. Zamień perfekcje na szczęście!