środa, 16 sierpnia 2017

5 minusów Primary school, czyli czego nie lubie w szkole mojego syna

                        Brytyjskie Primary School bardzo różnią się od naszych szkół podstawowych. Według mnie mają wiele plusów ale też minusów. Dziś będzie o minusach, o tym co chętnie bym zmieniła, gdybym mogła oczywiście


1. Wychowawca

Zmienia się co rok. Nie podoba mi się to, wolałabym , żeby wychowawca prowadził klasę przez kilka lat tak jak jest to w Polsce.  Dlaczego? Po pierwsze dzieciom na pewno jest łatwiej, gdy znają już nauczyciela. Po drugie każdy nowy nauczyciel od początku musi poznawać słabe i mocne strony wszystkich uczniów co zabiera pierwszy miesiąc czy dwa , który mógłby być poświęcony na prace z dziećmi.



2. Wycieczki

Zbyt mało wycieczek. Nie mam pojęcia czy to się tyczy tylko młodszych klas, czy może tylko szkoły, do której chodzi Dennis ale wycieczkę mieli tylko jedną,  na farmę. A nie przepraszam na 2 godziny wyszli tez zobaczyć remizę strażacka na naszej dzielnicy..



3. Przedstawienia

Brak przedstawień, nie licząc jasełek, w których większość dzieci tylko stała z tyłu i śpiewała. Wiem dzieciom pewnie nie przeszkadza, że nie ma takich rzeczy, ale ja jako rodzić chętnie poszłabym na przedstawienie z okazji dnia matki. Pewnie to moje przyzwyczajenie, bo w szkole, do której chodziłam ja przedstawienia były na każdą okazje.



4. Pomoc

A właściwie jej brak. Nikt nie zawiąże twojemu dziecku buta, nie zapnie guzika ani nie włoży koszulki w spodnie gdy widać całe plecy. Jak się dziecko ubierze to tak chodzi, dotyczy to też wyjścia na boisko szkolne. Podobno dla ich dobra, bo nauczyć się muszą, ale kurcz wystarczyło by powiedzieć, że skarpetki na lewą stronę założyło, bluzę tył na przód czy buty odwrotnie. Nie chodzi mi absolutnie o ubierania, ale nauczyciele nie zwracają uwagi do tego stopnia, że Dennis miał raz po zajęciach pi(w-f) spodnie założone tył na przód. Żeby nie było, rozmawiam z innymi rodzicami i nie on jeden wraca tak ubrany.



5. Opieka po szkole

Brak świetlic, to znaczy w niektórych szkołach są odpłatne, często tylko rano np. od 7 do rozpoczęcia lekcji. Niektóre mają i po lekcjach, ale zauważyłam że to rzadkość. Niestety z mojego punktu widzenia utrudnia to rodzicom pogodzenie pracy i wychowania dziecka. Owszem można zapłacić opiekunce , która odbierze dziecko i się nim zajmie, jednak ze świetlicą byłoby łatwiej i pewnie taniej.



To by było na tyle, takie znalazłam minusy Primary School , oczywiście jak pisałam przy plusach to moja subiektywna opinia i co dla mnie jest minusem może być dla was plusem

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

6 plusów Primary school, czyli co mi się podoba w szkole mojego syna.

                             Brytyjskie Primary Scholl bardzo różnią się od naszych szkół podstawowych. Według mnie mają wiele plusów ale też minusów. Dziś będzie o plusach, o tym co mi się podoba i co uważam za dobre dla dzieci. 

1. Wczesne rozpoczęcie edukacji.

 Do pierwszej klasy idą 5 latki, ale już rok wcześniej w reception(odpowiednik zerówki) dzieci uczą się pisać, czytać, liczyć, rozpoznawać figury i bryły geometryczne. Zaczynają również Przygodę z dodawaniem i odejmowaniem. Kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć, że to zabieranie dzieciństwa, jednak z moich obserwacji wynika, że większość dzieci lubi chodzić do szkoły. Dodatkowo nauka jest w formie zabawy, nikt nie wymaga by dzieci siedziały cicho w ławkach, a wiadomo, że im dziecko młodsze tym łatwiej wiedze przyswają.


2. School uniform

 Czyli mundurki, Takie pełne, zazwyczaj spodnie/spódniczka/ sukienka, bluzka/koszula z kołnierzykiem i bluza lub sweterek. Dla mnie to zbawienie, nie tylko nie ma mowy o smutkach, bo kolega miał lepszą bluzę czy buty(tak w wielu szkołach, buty również muszą być "szkolne") ale tez skończyło się poranne marudzenie w co się ubrać. Młody wstaje i wie, że do szkoły musi nosić mundurek. Nasza szkoła wymaga również żeby kurtki były czarne ,szare bądź granatowe :)


3. Godziny zajęć

A mianowicie to, że dzieci zaczynają i kończą lekcje codziennie o tej samej godzinie.  Mi to pasuje, i uważam, że dziecku też łatwiej się przystosować do rannego wstawania gdy zawsze to ta sama godzina. Co więcej myślę, że również prace łatwiej dopasować gdy dziecko codziennie kończy lekcje o 15:00.


4. Wyprawka

Brak ogromnych plecaków, miliona ciężkich książek i zeszytów. Jedyne co noszą to teczkę zwaną school bag. Książki do czytania przynoszą ze szkoły, jedna książka to jedno opowiadanie, a nie cały podręcznik do czytania. Jest jeszcze zeszyt do pisania literek, i czasem pomoce np. karteczki z obrazkami wyrazami do nauki, Wszystkie zadania do zrobienia w domu dostają na wydrukowanych kartkach, które później zostają wklejone do zeszytu w szkole, zeszyt ten dostaje "na pamiątkę" pod koniec roku szkolnego.


5. Lunch

Nie wiem czy tak jest w każdej szkole, ale w każdej, którą znam. Wybór dań. u nas to 4-5 dań do wyboru(codziennie). Zawsze jest coś z kuchni angielskiej, kanapka, jacket popato, coś na ostro z dań wschodnich i kuchnia wegetariańska. Myślę, że każde dziecko znajdzie coś dla siebie.  Ponadto ku uciesze uczniów do każdego dania jest  deser. Galaretka, ciasto, ciasteczka, lody, budyń... codziennie coś innego. Plus też za Wodę w sali, którą dzieci mogą pić podczas lekcji, podobnie jak owoce i warzywa, które zawsze są w sali.



6. Osobne wejścia

W wielu szkołach są osobne wejścia. Osobno wchodzą do szkoły dzieci z Nursery, reception i pierwsza klasa razem, później druga klasa, a dzieci w klasach 3-6 wchodzą prosto do swoich sali. Dla mnie duży plus, bo jakoś nie mogę sobie wyobrazić tego tłumu gdyby wejście było tylko jedno, tym bardziej, że teraz wjeżdżam do szkoły wózkiem.



 Tyle by było na temat plusów, pamiętajcie tylko, że to moja subiektywna opinia. To co dla mnie jest super niekoniecznie będzie takie dla innych rodziców.  Dennis od września zaczyna pierwszą klasę!
 Jakie plusy widzicie w szkołach, do których chodzą wasze dzieci?

ps. O minusach też napisze, bez obaw ;)

wtorek, 11 lipca 2017

Gdy serce chce wracać...

         Kocham Anglię, serio! Kawałek mojego serca należy właśnie do tego miejsca na ziemi, ale po prawie 6 latach mieszkania tutaj doszłam do etapu gdzie denerwuje mnie drobnostki, a moja dusza rwie się do powrotu do ojczyzny. To nie jest do końca tak, że tęskni się tylko za ludźmi czy miejscami, jasne tęsknie za przyjaciółmi, których tu nie mam, bo nie ukrywajmy znajomości opierające się na wspólnych spacerach z dziećmi i wpadaniu na kawę to jeszcze nie przyjaźń. Brak mi mojej babci , czy młodszych braci. Poznańskiej starówki przed Bożym narodzeniem, odkrytych pływalni a nawet piaskownicy na placu zabaw. Dużo gorsza jest jednak tęsknota za czymś bliżej nieokreślonym, może za słuchaniem polskiej mowy dookoła albo tym uczuciem, że jesteśmy w domu.

        Naprawdę nie mogę narzekać na życie tu i nie chodzi tylko o względy finansowe , choć one oczywiście są bardzo ważne. Dla mnie Anglia to taki pozytywny kraj, dużo uśmiechniętych ludzi, mówiących "good morning" nieznajomym na ulicy, uśmiechają się nawet pracownicy urzędów, serio nikt nie wygląda jakby siedział tam za kare. Mój syn ma świetne nauczycielki w szkole, mamy super sąsiadów, mieszkamy w spokojnej okolicy, blisko jeziora, rzeki i community centre, w którym oferują kursy,spotkania i zajęcia dla ludzi w każdej grupie wiekowej. Mamy całkiem fajny dom z ogródkiem gdzie w razie spacerowego "nie chce mi się" mogę siedzieć z dziećmi cały dzień, jednocześnie pilnując gotującej się zupy. Wszystko było fajnie, jeszcze niecałe dwa lata temu mimo przejściowych myśli o powrocie do Polski czułam, że tu zostaniemy.

        Jednak od kilku tygodni uporczywie myślę o powrocie do Polski, nie koniecznie do mojego rodzinnego miasta. Marzy  mi się raczej mały domek z ogródkiem, cisza i spokój. Teoretycznie wiem, że w Polsce życie jest ciężkie, że powrót to dla nas zaczynanie wszystkiego od początku, nie tylko dla nas ale też dla naszych dzieci. Pomijając Noemi, która ma tylko rok i pewnie niewielka jeszcze dla niej różnica gdzie jest ale co z Dennisem? on zna tylko to miejsce, tu ma rodzinę, bo pomijając nas ma tu dziadków, ciotki i kuzynostwo. Ma tu przyjaciół i szkołę, dla niego tu jest dom, jedyny jaki zna. Patrząc na to z drugiej strony w Polsce też miałby to samo, być może jeszcze więcej rodziny i przyjaciół?
Być może mój powrót do pracy byłby łatwiejszy, bo pewnie przymusowy?

      Nasuwa się pewnie pytanie "dlaczego nie wrócicie?" Odpowiedź jest prosta, być może to za mało, za mało by wrócić i nie być pewnym, że damy radę żyć, żyć na normalnym poziomie. Nie mam pewności, że znajdziemy pracę, która pozwoli nam utrzymać siebie i dzieci. Nie mam domu, nie mam nawet mieszkania, w którym moglibyśmy zamieszkać, a wrócić i wynajmować? Tego nie zrobię, powodów jest nie mało ale to już nie na ten wpis. Wrócić , kupić dom na kredyt i jakoś żyć? nie wiedząc czy uda się ten kredyt spłacić? kupić dom, i pracując tu go spłacić? kuszące i realne ale co później, za te 8-10 lat jak już przyjdzie czas powrotu? Zabrać prawie dorosłe dzieci i wyrwać je z ich świata, bo dla nich to Anglia jest domem, urodzili się tu i tu się wychowują. Podobno "Kto nie ryzykuje nie pije szampana" ale jak zaryzykować dobro rodziny dla swojego szczęścia, które prawdopodobnie będzie krótkotrwałe?

    Z utęsknieniem czekam na tegoroczne wakacje w kraju mojego dzieciństwa, tak to odpowiednie określenie, bo wyjeżdżając miałam niespełna 19 lat. Chce pooddychać Polską przez chwilę, by przekonać się czy tęsknota dalej będzie mnie męczyć czy wręcz przeciwnie. Może właśnie tam, stojąc pośrodku znanych mi miejsc poczuje się obco?













poniedziałek, 10 lipca 2017

Córeczka

Gdy zaszłam w drugą ciążę po cichu liczyłam na drugiego syna. Wychodziłam z założenia,  że tak będzie łatwiej ale przeczucie, że w brzuchu nie siedzi chłopiec było ze mną od początku ciąży.
         Również od początku mała istotka dawała mi w kość.  Mdłości, wymioty, utrata wagi, anemia, przedwczesne skurcze,  rozwarcie, hipotrofia a na końcu przedwczesny poród. Gdy Noemi przyszła na świat wcale łatwiej nie było, tym bardziej, że jest wcześniakiem, późnym i ze stosunkowo niewielkimi problemami ale jednak.
         Moja dziewczynka rosła i było coraz trudniej,  mniej spała, więcej płakała, często chorowała, koszmarnie znosiła szczepienia, ciągle chciała być na rękach, nie lubiła  jeździć w wózku. 
Niedawno skończyła rok, teoretycznie powinno być łatwiej, a ona na zabranie z ręki przedmiotu nie do zabawy reaguje histerią, której może pozazdrościć jej niejeden dwulatek w buncie. Nadal budzi się w nocy co 4 godziny na mleko, wstaje wcześnie i dużo krzyczy. Nie dalej jak wczoraj przeklinałam jej "cudny" charakter jednocześnie wiedząc, że jest najukochańszym bobasem jakiego znam ( nie zaprzeczam, że piszę to jako jej mama) Ona może godzinami leżeć do mnie przytulona, a  zasypiając trzyma mnie za rękę tym najsilniejszym uściskiem świata, przerywa zabawę tylko po to, by przyjść po czworakach i położyć głowę na moich kolanach. Karmi mnie obślinionymi chrupkami i potrafi głośno domagać się mojej porcji obiadu krzycząc  "Daj".
         Ta mała księżniczka  jest zupełnym przeciwieństwem swojego brata co pozwoliło mi nauczyć się wielu nowych rzeczy i inaczej spojrzeć na macierzyństwo. To ona nauczyła mnie cierpliwości i pokazała,  że zachowanie dziecka to nie tylko wynik wychowania a i charakteru dziecka.  Zakochałam się po uszy,  już trzeci raz w życiu.  Kocham ją z dnia na dzień coraz bardziej,  tak samo silnie jak syna a jednak zupełnie inaczej. 
I choć Dennis to moje oczko w głowie, to z przykrością muszę przyznać, że niewiele mamy wspólnych zainteresowań, dla niego wzorem jest tata, to jak prowadzi auto, kosi trawę czy majsterkuje. Mały od początku lepiej bawił się z tatą, kocha mnie i wiele rzeczy robimy wspólnie ale to tata jest dla niego NUMBER ONE.
        Ja i Noemi jesteśmy nierozłączne,  choć czasem doprowadza mnie to do szału.
To taka córeczka mamusi,  co wciąż siedzi na maminym kolanie. Chwyciła mnie za serce i nie chce puścić.







czwartek, 25 maja 2017

Niebo

            Czasem liczę do 10 zanim wrócę na górę by położyć dzieci spać... Zamykam oczy i oddychamy głęboko żeby nie krzyczeć... Nie zawsze się udaje, podnoszęgłos i za moment tego żałuję. Nie lubię czasem swoich dzieci, Dennis wydaje się wtedy wyjątkowo pyskaty a mała jawi się jako wciąż płaczące dziecko. Mam chwilę gdy jedyne o czym myślę to by wyjść i wrócić za tydzień czy miesiąc... Bywam psychicznie wykończona, bo spędzam  24/7 w ich towarzystwie. Bez kawy pewnie zasnęłabym na stojąco, bo Noemi nie ma zamiaru przesypiać nocy mimo, że zbliżają się jej pierwsze urodziny.
              Mimo wszystko są moim niebem... Choć pokruszonym na kawałki. Zbieram je w ciągu całego dnia, te małe okruchy szczęścia, które tak łatwo wypierają z pamięci złe chwilę. Dwa okruchy rano,  pierwszy gdy budzi  się Noemi, i śmiejąc się ciągnie mnie za ucho... albo nos, ewentualnie wkłada mi palec w zamknięte oko. Wstaje Dennis i jak co dnia pyta jak mi się spało... Pyta, bo ja o to pytam od kiedy tylko zaczął mówić, opowiada co mu się śniło, próbuję przekonać mnie, że ciastka na śniadanie to dobry pomysł. Kolejne części nieba to każdy przytulas, uśmiech,  każde "mama", które czasem doprowadza do szału gdy słyszę je milionowy raz. I to, że Noemi zasypia w moich ramionach. Zbieram je tak do wieczora, czasem zupełnie nieświadomie. Wkurzam się milion razy dziennie i idę do sypialni wieczorem,  jeszcze nie do końca spokojna. Jeszcze milion razy się zdenerwuje, drugi milion usłyszę "mama" a później zasną a ja patrząc na nich będę analizować czy dziś udało mi się być dobrą mamą i kolejny raz uświadomię sobie, że są moim niebem...




środa, 29 marca 2017

(Nie)Wszystkie matki są takie same

          Jedne karmią piersią, inne podaje mleko modyfikowane od urodzenia. Rodzą siłami natury, wybierają cesarskie cięcie, adoptują dzieci z serca. Czytają poradniki, zdają się na intuicję, słuchają rad mam i teściowych. 
Matki są diametralnie różne.  Chyba nie znam dwóch z identycznym podejściem do wychowania dzieci.
Jedne są fit, pracują, biegają na siłownię, mają doklejane rzęsy i zawsze nienaganny makijaż. Inne chodzą w dresie i kucyku, poświęcają się dzieciom w 100%, godzinami spacerując i siedząc w piaskownicy.
Część publikuje setki zdjęć pociech w internecie, reszta tego unika a czasem przestrzega przed tym innych.

Tak więc jak wyżej pisałam jesteśmy bardzo różne, ale jest coś co  nas łączy, coś bardzo ważnego. WSZYSTKIE CHCEMY DOBRA NASZYCH DZIECI!!!
Dlatego tak przykro jest patrzeć, gdy matki jedna przez drugą wzywają się w internecie, bo jedna daje parówki a inna tylko eko warzywa. Jest lincz na śpiące z dziećmi  i te, które stosują naukę samodzielnego zasypiania. Na te, które szukają rady na grupach i te, które rad nie chcą. 
Tylko po co?  Po co dołować inne mamy?  Jaki jest sens w mówieniu(a raczej wmawianiu) komuś, że jest złym rodzicem,  że krzywdzi swoje dziecko?
Myślę, że część tych mam pewnie chce dobrze,  inne chcą dobrze...dla siebie.

Ja rzadko się przejmuje i robię to co uważam za słuszne,  gdy mam poważniejsze obawy raczej pytam specjalisty niż internetu ale mam serce i uczucia i gdy ktoś po raz kolejny wmawia mi że jestem nieodpowiedzialna, bo np. młody jeździ w foteliku na przednim siedzeniu zwyczajnie jestem zła lub jest mi przykro. 

Nie każda kobieta jest jak ja, nie każda mama ma tą pewność siebie (ja kiedyś też jej nie miałam) i zdarza się, że mamy karmią piersią wbrew sobie, "bo tak trzeba". Pochłaniają książkę za książką zatratracąjac swój instynkt. Trzymają się sztywno reguł,  nie swoich a narzuconych przez inne matki.

Może by tak dla odmiany być miłą? Sugerować zamiast narzucać?  Dowartościować zamiast dołować?
Wbrew pozorom to nie takie trudne ;)

wtorek, 21 marca 2017

Znałam kiedyś dziewczynkę

            Znałam kiedyś dziewczynkę, dziewczynkę zamkniętą w ciele dorosłej kobiety. Miałam kilka do kilkunastu lat, gdy mieszkała na podwórzu obok. Była duża i otyła, a jej twarz miała specyficzny wygląd. Gdy miałam  6 czy 7 lat czasem bawiłam się z nią i nie do końca wiedziałam dlaczego starsze dzieciaki z podwórka wyśmiewają dziewczynę. Owszem ubierała się inaczej, była otyła ale chciała się z nami bawić, była miła, nikomu nie wadziła. Gdzieś tam podświadomie czułam, że jest inna. Była niewiele młodsza od mojej mamy, nie pracowała,  nie miała męża,  dzieci. Wciąż mieszkała z rodzicami i rysowała obrazki całkiem podobne do moich.
Im byłam starsza tym więcej rozumiałam, wiedziałam, że jest chora ale 15 lat temu mało kto uświadamiał dzieci  czym jest Zespół Downa. Kiedy zapytałam mamy jak to jest, że ona jest dorosła a jednak zachowuje się jak dziecko. Później już wiedziałam, że ona jest trochę jak Piotruś Pan i nie dorośnie nigdy, choć będzie się starzeć. Nie będę kłamać i wybielać siebie mówiąc, że nigdy się z niej nie śmiałam, zdarzało się. Nie raz. Wiem, to złe i przykre, ale chyba nie do końca rozumiałam co jej jest. Dziś też nie jestem ekspertem od tej choroby, ale wiem, że śmiać się nie wolno, że inny nie znaczy gorszy a wyjątkowy.
Z czasem wyprowadziłam się z tamtej ulicy, dzielnicy, w inną część miasta. Czasem zdarzyło mi się spotkać mamę tej dziewczynki. Widziałam, że jeździ do specjalnego ośrodka, bo starzejąca się matka nie ma sił się nią zajmować.
Zastanawiałam się co się z nią stanie, gdy rodzicom skończą się dni. Tak zwyczajnie.
Późnej wyjechałam setki kilometrów od tamtego miejsca i nie wiem co dalej. Ta historia nie ma końca, a może po prostu ja  go nie znam?

Ten post niczego nie uczy, w niczym nie pomaga, nie uświadamia czym jest Zespół Downa. To tylko historia, którą chciałam opublikować a dzisiejszy dzień jest na to idealny.

niedziela, 19 lutego 2017

15 rzeczy, których o mnie nie wiesz.


1. Książki i poezja

Kocham czytać choć ostatnio robię to rzadziej. Uwielbiam dramaty i fantastykę, sagi skandynawskie i poezję. Gdy potrzebuje się odmóżdżyć czytam harlequiny. Nie pogardzę nawet bajkami dla dzieci i legendami. Równie bardzo jak kocham czytać uwielbiam też pisać. Kiedyś to były pamiętniki i wiersze o miłości, dziś raczej trudna poezja, krótka proza, no i blog. Kocham to i będę pisać choć do mistrzyni pióra wiele mi brakuje. Jednak i tak 90% wszystkiego co piszę  jest "do szuflady", bo zwyczajnie nie nadaje się do publikacji ;)

2. Uciekam od własnych dzieci
Najczęściej do łazienki i wanny z gorącą wodą. Matką też człowiek i czasem brak mi cierpliwości. Wolę uciec niż krzyczeć, a czasem wystarczy mi kilka minut samotności. Bywa nawet, że swych dzieci nie lubię mimo, że je kocham.

3. Byłam zbuntowaną nastolatką
Nadrobiłam rodzicom niemało problemów i dałam im w kość za troje. Miałam niezbyt przyjemne towarzystwo, a ilość moich nieobecności i jedynek w szkole pewnie nieźle zaniżyła średnią klasy. Na swoją obronę mam to, iż do dziś twierdzę, że miałam swoje powody. Na szczęście ogarnełam się i wyszłam na ludzi mimo, że wiele osób spisało mnie na straty.

4. Kocham jeść.
Szczególnie fast food, chipsy i słodycze. Nie, nawet  nie próbuje przestać, bo zwyczajnie nie czuje potrzeby. Gotować nie lubię ale gdy mnie chwycić wena "kucharki" to siedzę w kuchni pół dnia.

5. Jestem bałaganiarą i lubię mieć porządek.
To takie dwie sprzeczności. Nie mogę się zmusić do odkładania rzeczy na swoje miejsce, czy mycia naczyń od razu po ich użyciu ale lubię porządek i staram się go utrzymywać, co przy naszej rodzinie jest syzyfową pracą.

6. Nie lubię dużej części blogów.
Nie wszystkich oczywiście ;) Dlaczego?  Zwyczajnie uważam, że duża cześć z nich pokazuje perfekcyjne i sztuczne życie. Kolejna niemała cześć nastawiona jest tylko na zarabianie... i o ile nie mam nic przeciwko temu to wkurza mnie, gdy wchodzę przeczytać post o odporności a czytam reklamę nowego odkurzacza.

7. Uważam się za szczęściarę.
Ale to pewnie już gdzieś pisałam. Chociaż najwięcej  wygrałam £20 w zdrapce to uważam, że jestem farciarą i mam tak zwane szczęście w nieszczęściu. Córka wcześniak, jednak bez większych problemów, syn po dosyć ciężkim porodzie a jednak zdrowy. Związek po przejściach i z wieloma przeciwnościami ale jednak nadal trwa ;) mogła bym spokojnie podać jeszcze kilkanaście takich przykładów ale myślę, że załapaliście.

8. Nie maluje się.
Kiedyś nie wyniosłam śmieci bez makijażu,  dziś nie maluje się na co dzień, a gdy już najdzie mnie ochota ogranicza się to do pudru i tuszu do rzęs. Na wielkie wyjścia dorzucam kredkę do oczu i cień do powiek. Nie podobają mi się doklejane rzęsy  i malowane brwi,  dla mnie wygląda to sztuczne, nawet jeśli owy zabieg jest dobrze wykonany.

9. Chciałam być czarownicą.
Pod wpływem drugiego tomu sagi o ludziach lodu chciałem być jak jedna z bohaterek - Sol Angelika. Oczywiście wiedziałam też, że to niemożliwe, jednak zakochałam się w tej postaci i chciałam być jak ona. Piękna i niebezpieczna. No cóż miałam wtedy jakieś  14 lat i mój tok rozumowania nie był całkiem normalny.

10. Lubię swojego bloga
Choć mam ochotę  go usunąć średnio raz w miesiącu, bo mam wrażenie, że piszę sama do siebie to... lubię to miejsce i wszystko co tu pisze. Mimo, iż  nie raz usłyszałam, że się do tego nie na daje, że blog jest nudny i popularny nie będzie.

11. Mam słomiany zapał.
Szczególnie wtedy gdy mi coś nie wychodzi i nie przynosi zamierzonych efektów, ale często zwyczajnie szybko się nudzę. Jedyny plus  tego jest taki, że wielu rzeczy w życiu próbowałam. Tańca, gimnastyki, wioślarstwa, rysowania, pisania książki, fryzjerstwa, szycia i pewnie wielu innych rzeczy na chwile.

12. Mam nie najlepszy kontakt z rodzicami.
Nie no z mamą od kilku lat nawet fajny, z tatą prawie żadnego. Nie do końca wiem dlaczego, a może wiem tylko nie chce o tym myśleć? Z rodzeństwem podobnie a mam 4 braci.

13. Często robię coś, bo tak wypada.
Szczególnie tyczy się to tolerowania osób, które niesamowicie działają mi na nerwy a z pewnych względów(np. Pokrewieństwa) utrzymuje z nimi kontakt.

14. Nie ja wybrałam imię dla swojego syna.
Zrobił to tata młodego, razem ze swoją siostrą. Wszyscy zaczęli mówić o brzuszku Dennis i dawać prezenty tak podpisane. Byłam na początku wkurzona, później się przyzwyczaiłam a gdy się urodził rozumiałam, że to imię pasuje idealnie. Z córką nie dałam się w żadem sposób przekonać do innego imienia.

15 oglądam bajki.
Oglądam bajki, czasem też filmy dla nastolatków. Tak po prostu, żeby wyluzować i odpocząć. Oglądałam wszystkie bajki z serii barbie a nawet serial H2O;)

Jeśli macie ochotę dowiedzieć się o mnie czegoś  jeszcze to śmiało zadawajcie pytania w komentarzach. Jeśli będzie ich minimum 5 odpowiem na nie w poście.

piątek, 13 stycznia 2017

Mogłabym...

               Mogłabym jęczeć , że żyje z dala od ojczyzny, przyjaciół, rodziców, babci. Marudzić,  że w Anglii lato kiepskie a i zimą śniegu nie ma. Psioczyć na lekarzy, którzy zbyt często zalecają paracetamol. Na Anglików, deszcz i niedobry chleb.

             Mogłabym narzekać, że córkę urodziłam przedwcześnie, że płaczliwa jest, nie śpi po nocach. Na jej alergie i to, że nie rozwija się tak szybko jak inne dzieci. Mogłabym biadolić, że  syn astmę ma, i mówi niewyraźnie, polski kaleczy,  pyskuje czasem, dokazuje często, buntuje się i pokazuje język.

              Mogłabym płakać na forach, że  facet nową konsole kupił, gadać, że to dzieciak jest. Żalić się, że mało czyta, w domu chodzi w dresach i nie goli się co drugi dzień. Zazdrościć dziewczyną co kwiaty co tydzień dostają tak bez okazji.

             Mogłabym skarżyć się, że jestem kurą domową (bo jestem), że bałagan w domu wiecznie, i prania na miesiąc w przód. Zrzędzić, że blog nie jest popularny, weny mało, a szycie nie jest tak proste jakby się wydawało.

             MOGŁABYM... i  czasem to robię, bo jestem człowiekiem,  takim jak każdy, ale każdego dnia jestem szczęśliwa.

               Szczęśliwa, bo mam dobre życie, mam gdzie mieszkać, co zjeść, za co kupić ubrania. Mam telefon i komunikator dzięki, którym mogę zadzwonić do bliskich, pomachać im do głupawej mini kamerki.  

         I cieszę się  każdego dnia, że moja mała córeczka,  przyszła na świat pełna siły, że nie musiała leżeć z dala ode mnie ogrzewana w inkubatorze zamiast moim ciepłem. Radość mnie przepełnia, że ataku astmy młody nie miał od 2lat,  że gada jak katarynka mieszając polski z angielskim, choć czasem z uśmiechem na ustach mam tego serdecznie dość. A no pyskuje mi czasem syn, i próbuje go jak najlepiej wychować jednocześnie wiedzą,  że on sobie poradzi, że nieda sobie w kaszę dmuchać.

             A facet jak to facet, nieidealny jest ale nie pije, nie włóczy się z kumplami pijąc piwo za piwem. I może gra w te swoje gry, ale przytula, kocha, rozmawia, JEST! I ojciec z niego całkiem fajny, syn świata po za tatą nie widzi, mała na jego widok, aż kwiczy z radości. A no kwiatów nie dostaje, ale maszynę kupił "mikołaj",
Wraca ze sklepu z chipsami, żelkami czy ulubionym sokiem, choć słowem nie powiedziałam, że chce. I ma te swoje dresy niech sobie w nich siedzi przy konsoli. I łapie mnie w tali mówiąc, że jestem piękną, w leginsach, kucyku i cieniach pod oczami. Ale cieszę się, że jest, Mam partnera, przyjaciela, mam z kim dzielić życie  radości i smutki.

                I wcale nie jest mi przykro, że "siedzę" w domu z dziećmi.
Choć nie raz słuchałam jak to źle nie pracować, bo jak to tak można być na utrzymaniu faceta, ale nic mi nie ucieka. Łapie w serce te szkolne piosenki, głośne śmiechy dzieci,
przytulasy syna, a i niemowlęce wymiociny się zdarzają. A blog niepopularny jest, i taki pewnie zostanie. Nie ma siły przebicia, trudno. Ktoś zagląda, ktoś czyta, lajkuje. A i nowy uszytek ktoś pochwali, o wiersz poprosi wzruszający, opowie swoją historię. I chęć wraca, serce rośnie...

TAKA ZE MNIE OPTYMISTKA :)