wtorek, 11 lipca 2017

Gdy serce chce wracać...

         Kocham Anglię, serio! Kawałek mojego serca należy właśnie do tego miejsca na ziemi, ale po prawie 6 latach mieszkania tutaj doszłam do etapu gdzie denerwuje mnie drobnostki, a moja dusza rwie się do powrotu do ojczyzny. To nie jest do końca tak, że tęskni się tylko za ludźmi czy miejscami, jasne tęsknie za przyjaciółmi, których tu nie mam, bo nie ukrywajmy znajomości opierające się na wspólnych spacerach z dziećmi i wpadaniu na kawę to jeszcze nie przyjaźń. Brak mi mojej babci , czy młodszych braci. Poznańskiej starówki przed Bożym narodzeniem, odkrytych pływalni a nawet piaskownicy na placu zabaw. Dużo gorsza jest jednak tęsknota za czymś bliżej nieokreślonym, może za słuchaniem polskiej mowy dookoła albo tym uczuciem, że jesteśmy w domu.

        Naprawdę nie mogę narzekać na życie tu i nie chodzi tylko o względy finansowe , choć one oczywiście są bardzo ważne. Dla mnie Anglia to taki pozytywny kraj, dużo uśmiechniętych ludzi, mówiących "good morning" nieznajomym na ulicy, uśmiechają się nawet pracownicy urzędów, serio nikt nie wygląda jakby siedział tam za kare. Mój syn ma świetne nauczycielki w szkole, mamy super sąsiadów, mieszkamy w spokojnej okolicy, blisko jeziora, rzeki i community centre, w którym oferują kursy,spotkania i zajęcia dla ludzi w każdej grupie wiekowej. Mamy całkiem fajny dom z ogródkiem gdzie w razie spacerowego "nie chce mi się" mogę siedzieć z dziećmi cały dzień, jednocześnie pilnując gotującej się zupy. Wszystko było fajnie, jeszcze niecałe dwa lata temu mimo przejściowych myśli o powrocie do Polski czułam, że tu zostaniemy.

        Jednak od kilku tygodni uporczywie myślę o powrocie do Polski, nie koniecznie do mojego rodzinnego miasta. Marzy  mi się raczej mały domek z ogródkiem, cisza i spokój. Teoretycznie wiem, że w Polsce życie jest ciężkie, że powrót to dla nas zaczynanie wszystkiego od początku, nie tylko dla nas ale też dla naszych dzieci. Pomijając Noemi, która ma tylko rok i pewnie niewielka jeszcze dla niej różnica gdzie jest ale co z Dennisem? on zna tylko to miejsce, tu ma rodzinę, bo pomijając nas ma tu dziadków, ciotki i kuzynostwo. Ma tu przyjaciół i szkołę, dla niego tu jest dom, jedyny jaki zna. Patrząc na to z drugiej strony w Polsce też miałby to samo, być może jeszcze więcej rodziny i przyjaciół?
Być może mój powrót do pracy byłby łatwiejszy, bo pewnie przymusowy?

      Nasuwa się pewnie pytanie "dlaczego nie wrócicie?" Odpowiedź jest prosta, być może to za mało, za mało by wrócić i nie być pewnym, że damy radę żyć, żyć na normalnym poziomie. Nie mam pewności, że znajdziemy pracę, która pozwoli nam utrzymać siebie i dzieci. Nie mam domu, nie mam nawet mieszkania, w którym moglibyśmy zamieszkać, a wrócić i wynajmować? Tego nie zrobię, powodów jest nie mało ale to już nie na ten wpis. Wrócić , kupić dom na kredyt i jakoś żyć? nie wiedząc czy uda się ten kredyt spłacić? kupić dom, i pracując tu go spłacić? kuszące i realne ale co później, za te 8-10 lat jak już przyjdzie czas powrotu? Zabrać prawie dorosłe dzieci i wyrwać je z ich świata, bo dla nich to Anglia jest domem, urodzili się tu i tu się wychowują. Podobno "Kto nie ryzykuje nie pije szampana" ale jak zaryzykować dobro rodziny dla swojego szczęścia, które prawdopodobnie będzie krótkotrwałe?

    Z utęsknieniem czekam na tegoroczne wakacje w kraju mojego dzieciństwa, tak to odpowiednie określenie, bo wyjeżdżając miałam niespełna 19 lat. Chce pooddychać Polską przez chwilę, by przekonać się czy tęsknota dalej będzie mnie męczyć czy wręcz przeciwnie. Może właśnie tam, stojąc pośrodku znanych mi miejsc poczuje się obco?













poniedziałek, 10 lipca 2017

Córeczka

Gdy zaszłam w drugą ciążę po cichu liczyłam na drugiego syna. Wychodziłam z założenia,  że tak będzie łatwiej ale przeczucie, że w brzuchu nie siedzi chłopiec było ze mną od początku ciąży.
         Również od początku mała istotka dawała mi w kość.  Mdłości, wymioty, utrata wagi, anemia, przedwczesne skurcze,  rozwarcie, hipotrofia a na końcu przedwczesny poród. Gdy Noemi przyszła na świat wcale łatwiej nie było, tym bardziej, że jest wcześniakiem, późnym i ze stosunkowo niewielkimi problemami ale jednak.
         Moja dziewczynka rosła i było coraz trudniej,  mniej spała, więcej płakała, często chorowała, koszmarnie znosiła szczepienia, ciągle chciała być na rękach, nie lubiła  jeździć w wózku. 
Niedawno skończyła rok, teoretycznie powinno być łatwiej, a ona na zabranie z ręki przedmiotu nie do zabawy reaguje histerią, której może pozazdrościć jej niejeden dwulatek w buncie. Nadal budzi się w nocy co 4 godziny na mleko, wstaje wcześnie i dużo krzyczy. Nie dalej jak wczoraj przeklinałam jej "cudny" charakter jednocześnie wiedząc, że jest najukochańszym bobasem jakiego znam ( nie zaprzeczam, że piszę to jako jej mama) Ona może godzinami leżeć do mnie przytulona, a  zasypiając trzyma mnie za rękę tym najsilniejszym uściskiem świata, przerywa zabawę tylko po to, by przyjść po czworakach i położyć głowę na moich kolanach. Karmi mnie obślinionymi chrupkami i potrafi głośno domagać się mojej porcji obiadu krzycząc  "Daj".
         Ta mała księżniczka  jest zupełnym przeciwieństwem swojego brata co pozwoliło mi nauczyć się wielu nowych rzeczy i inaczej spojrzeć na macierzyństwo. To ona nauczyła mnie cierpliwości i pokazała,  że zachowanie dziecka to nie tylko wynik wychowania a i charakteru dziecka.  Zakochałam się po uszy,  już trzeci raz w życiu.  Kocham ją z dnia na dzień coraz bardziej,  tak samo silnie jak syna a jednak zupełnie inaczej. 
I choć Dennis to moje oczko w głowie, to z przykrością muszę przyznać, że niewiele mamy wspólnych zainteresowań, dla niego wzorem jest tata, to jak prowadzi auto, kosi trawę czy majsterkuje. Mały od początku lepiej bawił się z tatą, kocha mnie i wiele rzeczy robimy wspólnie ale to tata jest dla niego NUMBER ONE.
        Ja i Noemi jesteśmy nierozłączne,  choć czasem doprowadza mnie to do szału.
To taka córeczka mamusi,  co wciąż siedzi na maminym kolanie. Chwyciła mnie za serce i nie chce puścić.